Wprowadzenie stanu alarmowego w Hiszpanii (14 marca 2020) ma swoje konsekwencje na wszystkich płaszczyznach naszego życia. Na ulice można wychodzić tylko w sytuacjach wyjątkowych (po żywność, do apteki, do bankomatu, do pracy, na krótki spacer z psem, żeby wyrzucić śmieci…). Nieczynne są wszystkie placówki oświatowe, domy kultury, teatry, obiekty sportowe, bary, restauracje, kawiarnie, sklepy (z wyjątkiem spożywczych i aptek), zamknięto parki i plaże.

Hiszpanie poddawani są wielkiej próbie: wszelkie przejawy tej kultury otwartości, serdeczności i bliskości z dnia na dzień zostały uznane za niezgodne z prawem obowiązującym w stanie alarmowym.

Podczas stanu alarmowego, wydaje się, że nie ma nic gorszego, jak postawa niesolidarna, czyli życie tak, jak gdyby nigdy nic. Wychodzenie z domu kilkanaście razy dziennie pod byle pretekstem. Zabawy na świeżym powietrzu. Bieganie i jazda na rowerze. Kupowanie kosmicznych ilości jedzenia. Wrogiem publicznym numer dwa (pierwszy to oczywiście koronawirus) stali się insolidarios.

W kolejce do supermarketu, z zachowaniem dwumetrowej odległości między kupującymi. Wchodzi się pojedynczo, zakupy należy robić w rękawiczkach.

Niektórzy się w tym wszystkim gubią. Towarzyszące stanowi alarmowemu zakazy uderzają w samo serce hiszpańskich zwyczajów i codziennych rytuałów. Nakazem prawnym zwiększony został dystans między osobami znajomymi i obcymi. Ciepłe powitania, dos besos i kontakt fizyczny są w tej chwili absolutnie nie na miejscu. Rozmowy z sąsiadami w windzie i w kolejce do kasy z życzliwego zwyczaju przekształciły się w nieetyczne zachowania. Nie należy poklepywać po ramieniu znajomego spotkanego na ulicy. Po mieście snują się samotne sylwetki: wychodzenie z domu w towarzystwie jest zakazane i może skończyć się mandatem. W wiadomościach linczuje się niesolidarne postawy, takie jak wyście sióstr zakonnych do ogrodu i gra w siatkówkę lub wspólna podróż męża i żony samochodem do pracy. Nie mówiąc już o zorganizowanym na wyludnionej plaży pikniku, który nie umknął uwadze patrolującego helikoptera. Uzależnieni od codziennego biegania maratończycy siłą wyprowadzani są z zamkniętych parków: solidarna postawa nakazuje przeniesienie wszelkiej aktywności fizycznej do wnętrza mieszkań i domów.

Nigdy tak, jak teraz nie zdawaliśmy sobie sprawy z piękna tradycyjnego powitania dwoma pocałunkami w policzki. Nigdy nie docenialiśmy tego, że możliwe było dzielenie się posiłkami, jedzenie patatas bravas z jednego talerza i wspólne wyskrobywanie paelli z wielkiej patelni.

Hiszpańskie społeczeństwo wytrzymało już tydzień: kto tylko może, wprowadza w życie tę nową postawę solidarną. Staramy się nie myśleć z tęsknotą za gwarnymi uliczkami i pełnymi śmiechów i rozmów ogródkami przy barach i kawiarniach. Silimy się na zachowanie półtorametrowego odstępu w kolejce do apteki, wymazując tymczasowo z pamięci dos besos, życzliwe uściski ręki i grzecznościowe rozmówki o pogodzie. Śniadania, obiady i kolacje jemy sami, w towarzystwie najbliższej rodziny, w domu. Nie ma wspólnych almuerzos w barze, nie ma przeciągających się do pierwszej w nocy kolacji. Praktycznie każdy typowo hiszpański zwyczaj jest teraz nie do pomyślenia, bo oznacza za dużo i za blisko. Za dużo ludzi, śmiechu, chuchania na innych, dotykania, całowania, dzielenia się jedzeniem. Zbyt blisko siebie, bo przecież nie było jeszcze takiego hiszpańskiego stołu, przy którym nie zmieściłaby się jeszcze jedna osoba (donde caben dos, caben tres).

Z dnia na dzień słychać mniej głosów sprzeciwiających się wymuszaniu na społeczeństwie postawy solidarnej. W dyskursie publicznym została już ona uznana za jedynie słuszną i nawet najbardziej oporni starają się podporządkować… na to przynajmniej liczy cała reszta.

Wszyscy żyją nadzieją, że to właśnie ta podstawa, choć tak trudna, pomoże nam prędzej niż później wrócić do normalności, a w drodze do niej ograniczyć liczbę tych, którym już nie będzie dane tej nowej normalności doświadczyć.

Jednym ze sposobów odsunięcia od siebie najczarniejszych myśli jest teraz humor. Ludzie przebierają się wychodząc na zakupy, śpiewają zabawne piosenki z okien, tworzą śmieszne filmiki i memy, które w mgnieniu oka obiegają internet. To jest dobre i potrzebne; pozwala nam zachować dystans też na innej płaszczyźnie, blokuje przypływy pesymizmu i rozładowuje napięcie. Może tego spodziewaliście się też po tym tekście: podejścia do sprawy na luzie, z humorem, podrzucenia linków do tego śmiesznego filmiku z panem, który jeździ deskorolką po salonie, a później udaje DJ-a w kuchni. Napisałam jednak inaczej: tak, jak czuję dzisiaj, po tygodniowym zamknięciu, po jednym wyjściu na zakupy, które z racji wielkiej kolejki (poszatkowanej dwumetrowym odstępnem) trwało ponad godzinę.

Wiem, że jesteś w podobnej sytuacji, niezależnie od tego, gdzie teraz mieszkasz. Śmieszkujesz i przesyłasz zabawne filmiki znajomym, ale w głębi duszy martwisz się: chyba tylko szaleniec zachowuje całkowity spokój w takiej sytuacji. Pamiętaj o tej postawie solidarnej, rób co możesz, nie rób tego, czego nie wolno… ale też tego, co w tej chwili nie wydaje się najlepszym pomysłem, nawet jeśli prawo tego nie zakazuje.

Bądźmy dobrej myśli, dos besos wrócą wcześniej niż się spodziewamy.