Odkąd wróciliśmy do rutyny żłobko-pracowej, nasze rodzinne wieczory często spędzamy na pobliskim placu zabaw, tak samo zresztą, jak większość dzieciaków i rodziców z okolicy. To, że Walencji jest tak dużo zielonych przestrzeni i miejsc do zabawy dla dzieci sprawia, że każde osiedle ma „swój” park i swój plac zabaw. Przychodząc tam o odpowiedniej porze (czyli po 17, bo to właśnie o tej godzinie dzieci wychodzą ze żłobków, przedszkoli i szkół), można mieć pewność, że spotka się znajome mamy, znajomych tatusiów i kolegów naszego dziecka ze szkoły.

W mojej dzielnicy znam wiele osób, część z widzenia, część z niezobowiązujących rozmów „pod trzepakiem” (tu nie ma trzepaków, są huśtawki i zjeżdżalnie). Tamtego popołudnia w naszym osiedlowym parku zebrała się ta sama co zwykle grupka rodziców. Jest wśród nich taka rodzinka z trójką dosyć… intensywnie zachowujących się dzieciaków. Rodzice są, na pierwszy rzut oka, dosyć młodzi (choć jak wiadomo, młodość w Hiszpanii to pojęcie względne). Może na razie tego nie widać, ale ta informacja będzie miała kluczowe znaczenie dla całej opowieści.

Oddaj mi moją maczetę!

Ich najstarszy syn (około pięcioletni) zabrał zabawkę innemu chłopcu, dużo starszemu. Zabawka, choć o wątpliwej wartości wychowawczej (była to wielka plastikowa maczeta), miała najwyraźniej duże znaczenie sentymentalne dla starszego chłopca, który uganiał się za maluchem, dopraszając się, by mu ją zwrócił. Nie doszło do rękoczynów tylko dlatego, że starszy chłopiec rozumiał, jak to mówi moja babcia, że ktoś musi być mądrzejszy i nie atakował małego rabusia. W końcu, umęczony bieganiem za nim po całym placu, grzecznie zwrócił się po pomoc do jego ojca.

Señor, ¿le puede decir a su hijo que me devuelva mi machete? No se debería llevar las cosas que no son suyas.

Proszę pana, czy może pan powiedzieć swojemu synowi, żeby oddał mi moją maczetę? Nie powinien zabierać rzeczy, które nie są jego.

Po tych słowach, starszy chłopiec zamarł, czerwony ze wstydu… bo oto ten dorosły człowiek, ojciec trójki dzieci, wykrzyknął na cały plac zabaw, że właśnie nazwano go STARCEM, że on nie jest jakimś PANEM, że on jeszcze jest na to ZA MŁODY. Po czym on i towarzyszący mu znajomi rodzice wybuchnęli głośnym śmiechem. „On już postawił ci krzyżyk!”, „Teraz to życie skończone, chłopie!”, wspierali dzielnie kolegę inni ojcowie. A ten, jakby rzeczywiście ugodzony w samo centrum swej młodzieńczości, opadł na ławkę i teatralnym gestem ukrył twarz w dłoniach.

Panie kolego, młodzieńcze, ty…

Mnie jakoś nie było do śmiechu, bo sytuacja, której byłam świadkiem zaskoczyła mnie i zbulwersowała z kilku powodów. Pierwszego już na pewno domyślacie się sami: dorosły człowiek, OJCOWSKI AUTORYTET nie powinien się zachować w taki sposób i zareagować drwiną na grzeczną prośbę chłopca. Ale jest jeszcze coś, nad czym ten młody duchem ojciec nie zastanowił się ani chwili: ten chłopiec jest pochodzenia latynoskiego. To jest jasne, zarówno biorąc pod uwagę jego ciemną karnację i rysy twarzy, jak i to, że na pobliskiej ławeczce, jak każdego popołudnia, siedzi jego równie latynoska mama, która nadal mówi z oryginalnym akcentem, a w domu gotuje tradycyjne potrawy. Do swoich dzieci być może zwraca się używając formy „ustedes”. A do obcych, z należytym dystansem i szacunkiem, używając form grzecznościowych, takich jak „señor”... Może, tak jak pani z tej historii, nie potrafi zaakceptować mówienia do innych „chico/chica”?

Wielu z nas ma w pamięci zabawne, czasem niezręczne anegdotki związane z nieodpowiednim do sytuacji użyciem form „usted”. Wiemy, jak dziwnie się człowiek czuje, gdy za pierwszym razem mówi na „ty” do profesora na uczelni, dziekana, starszej pani pracującej w administracji. Po jakimś czasie uczymy się rozróżniać te sytuacje, w których oczekuje się od nas bycia bardziej formalnymi, przyjmujemy to powszechne hiszpańskie „tuteo” jak swoje. Śmiejmy się z tych anegdotek – i z własnych błędów. Jednak przestrzegam przed wyśmiewaniem „błędów” innych. Może się okazać, że to my wyjdziemy na ignorantów.