Skąd się wziął blog Hiszpański na luzie?

W tym miesiącu mój blog kończy… 9 lat! DZIEWIĘĆ LAT! Jeśli przeklikasz się przez archiwa, to przekonasz się, że pierwsze wpisy są z 2010 roku. W tamtych zamierzchłych czasach (czy wszyscy byliście już wtedy na świecie??) przeprowadziłam się do Walencji jako świeżo upieczona magister filologii hiszpańskiej. Planowałam studia podyplomowe, choć jeszcze do głowy by mi nie przyszło, że już dwa lata później będę pracować jako doktorantka na tej samej uczelni, na której odbywałam studia w ramach Erasmusa.

Studia i praca naukowa były jeszcze przede mną, a wokół mnie odkrywany na nowo hiszpański, który już przecież (teoretycznie) tak dobrze znałam (w końcu magisterka!).

Pozbawiona typowego dla erasmusowego życia grona znajomych multi-kulti i możliwości rozmawiania w jakimkolwiek innym języku niż hiszpański, poznawałam go na nowo. Na ulicy, w rozmowach z sąsiadami i w piekarni. W czasie zajęć sportowych. Podczas spotkań ze starymi i nowymi hiszpańskimi znajomymi. Oglądając bez zażenowania programy rozrywkowe, w których młodzi ludzie próbowali na oczach dziesiątek tysięcy widzów znaleźć swoją prawdziwą miłość…

Przede wszystkim właśnie z telewizji bombardowały mnie nowe słówka i wyrażenia. Trudno się dziwić: to tam mogłam zobaczyć najszerszy przekrój społeczeństwa i „poznać” osoby, z którymi pewnie nie zetknęłabym się w prawdziwym życiu, czy to ze względu na wiek, miejsce zamieszkania, czy zainteresowania. To mnie absolutnie oczarowało. Spisywałam sobie co ciekawsze wyrażenia i zwroty, aby później odszukać je w słowniku lub w innych źródłach – często pozostawały mi konsultacje z hiszpańskimi znajomymi, bo neologizmy jeszcze nie znalazły się w żadnych publikacjach. Zadziwiało mnie nie tylko ogromne bogactwo tego języka (potocznego!), ale też jego kreatywność, to jak w kreatywny, dowcipny sposób wykorzystywał istniejące słowa i wyrażenia do metaforycznego opisania innych rzeczy.

Zadziwiało mnie też to, że wbrew temu, co mogłam sądzić wcześniej, ucząc się z książek i z podręczników, ten język potoczny wcale nie był zarezerwowany na koleżeńskie schadzki i bardzo intymne rozmowy. Wręcz przeciwnie! Nowo poznawane zwroty rozpoznawałam później w artykułach i felietonach, słyszałam je nawet z ust starszych, „poważnych” osób i polityków.

Zdałam sobie sprawę, że ten język „ulicy”, o którym wielu z nas myśli jak o jakimś elemencie dekoracyjnym, smaczkach i ciekawostkach, to jest właśnie TRZON komunikacji.

I postanowiłam sobie zacząć to wszystko notować. Na blogu. Nazwałam ten twór identycznie, jak nazywa się on teraz, Hiszpański na luzie, nawiązując do luźnego podejścia do języka (nie wiązałam z tym absolutnie żadnych profesjonalnych planów) ale też do charakteru omawianego słownictwa.

Tak wyglądał blog w 2014 roku. Na szczęście Komputer Świat uwiecznił ten moment.

Początkowo mój blog był na innej platformie, był brzydki, a mnie tam nie było. To znaczy, oczywiście, to ja pisałam wszystkie teksty, ale starałam się w żadnym wypadku nie „wyjść na światło dzienne” i nie wyjawić tego, kim jestem (pamiętajcie, to było 9 lat temu! Blogowanie było wtedy zupełnie inne). Pisałam krótko, bardziej bezosobowo, powstrzymywałam się od żarcików i sucharów, którymi teraz chętnie Was częstuje. Przede wszystkim bardzo się bałam popełniać błędy.

Czas mijał, a blog jakimś cudem zyskiwał sobie nowych czytelników, pojawiały się komentarze, po kilku latach fanpejdż, zmiana domeny, pokazanie mojej twarzy (!) a nawet występy na żywo (live, webinary). Bardzo dużo się przez te lata zmieniło, widziałam jak inne blogi o podobnej tematyce się rodziły, a potem umierały po cichu. Ja jeszcze nigdy nie poczułam, że to „już czas” żeby blog zostawić i zająć się czymś innym.

Wręcz przeciwnie, zaczęłam się zajmować czymś innym i robić pewne rzeczy inaczej dzięki blogowi, za jego pośrednictwem.

Szczególnie w ostatnim półroczu możecie obserwować tego efekty: zaczęłam pisać książki, organizuję szkolenia. Już za kilka dni odbędzie się premiera e-booka, którego zamysł chyba był ze mną od samego początku, ale nie potrafiłam go wcześniej wyartykułować. Blog nie przestaje się rozwijać, myślę, że stał się rozpoznawalną częścią internetowego świata wielu „hiszmaniaków” z całej Polski. Co ciekawe, mnie również ten hiszpański nie przestaje fascynować i zaskakiwać. Nie boję się, że „zabraknie” mi tematów, wiem, że potocznych zwrotów i wyrażeń mogę poznawać nadal jeszcze więcej i przekazywać je Wam wciąż w nowej formie, takiej jak e-book z ćwiczeniami Verboretum.

Czasem tylko pojawia się cień niepokoju, że zabraknie osób czytających blogi…, ale wtedy staram się uspokajać myślą, że bez słowa pisanego nie ma nauki języka. Bo nie ma, prawda?

Dajcie znać, jakie Wy macie wspomnienia związane z tym blogiem, w jakim momencie mnie poznaliście i jak długo już ze mną jesteście. Szczęśliwej rocznicy 🙂