Dwa lata dwujęzyczności

Niedawno moja córka obchodziła swoje drugie urodziny. A ponieważ w ostatnich miesiącach bardzo się rozgadała, ta dwójka w jej „papierach” i te dwa języki, które na co dzień rozbrzmiewają w naszym domu, natchnęły mnie do napisania tego tekstu.

Moje dziecko jest dwujęzyczne

W którym momencie zaczęła się dwujęzyczność mojej córki? Dla mnie, ona od urodzenia była i jest dzieckiem dwujęzycznym. Tak właśnie ją traktuję i w ten sposób przedstawiłam ją niani, która opiekowała się nią jeszcze wtedy, gdy nie mówiła nic poza jakimś „gugugu”. Informację o dwujęzyczności przekazałam też w żłobku, choć gdy zaczynała swoją przygodę w tej instytucji, odzywała się zaledwie pojedynczymi słowami. Chciałam to tutaj zaznaczyć, bo wydaje mi się, że nastawienie rodzica jest bardzo istotne. Ona nie „będzie” dwujęzyczna, jeśli już, od początku taka nie jest. Dla mnie jasne było to, że dwujęzyczność nie zacznie się w jakimś odległym momencie w przyszłości, ale jest projektem, w który wchodzimy od urodzenia. A nawet nie projektem, po prostu naturalną koleją rzeczy.

Pierwsze słowa

Być może w poprzednim akapicie zwróciło twoją uwagę to, że piszę, że T. mówiła „zaledwie pojedyncze słowa” gdy zaczynała żłobkowe przygody, czyli we wrześniu 2018. Miała wtedy półtora roku i wiem, że w porównaniu z innymi dzieciakami, mówiła bardzo dużo. Tak naprawdę, jej gadulstwo zaczęło się miesiąc przed pierwszymi urodzinami, kiedy to zafascynowana nowo poznanym pupilem hiszpańskich dziadków zaczęła głośno, wyraźnie i bez skrępowania mówić „GATO”. To było jej pierwsze prawdziwe słowo, które pojawiło się kilka tygodni wcześniej niż wyczekiwane „tato” i „mama”.

Później wszystko bardzo szybko się potoczyło. Gdy ukończyła roczek miała już w swoim słowniczku słówka po hiszpańsku (gato, agua) i po polsku (mama, tato, to). Od 13 miesiąca życia lista słów stale rosła (aż trudno mi w to uwierzyć, znając moje niedbalstwo, ale mam to całkiem ładnie zapisane!… do 15 miesiąca 😉 W 17-18 miesiącu życia mówiła już z sensem ponad 40 słów, wśród nich było już stanowcze „NIE”, był „babon” (balon), „noga”, „ucho”, „oko”, „ciocia”…, a z hiszpańskich, na przykład „adió”, „hola” . Mieszkaliśmy wtedy w Krakowie i przeważała jednak mowa polska.

Pierwsze zdania

Przejdźmy do aktualności. W tej chwili T. mówi całymi zdaniami, bardzo ładnie wymawia zarówno po polsku jak po hiszpańsku. Zna całe mnóstwo całkiem skomplikowanych słów (kombajn, pszczółka Maja, konduktor, libélula, cuchara, hormigonera).  Jeśli zastanawiasz się, czym są ZDANIA w wykonaniu dwulatki, to proszę bardzo, kilka przykładów z zapisków z ubiegłego tygodnia:

No quiero dormir. ¿Cómo estás papi? ¿Trabajando? ¿Vas al cole? Jugar con plastelina. Dame esto.

To nie, mamusiu, książkę. Chodź do mnie. Daj mi rączkę. Uśmiecham się do ciebie. Nie kaszl już. Boli cię gardło? Chcesz agua pić? Masz proszę, dobra jest.

Jak widzisz, w przedostatnim przykładzie, pojawiają się ciekawe przykłady mieszania języków, ale generalnie trzyma się mówienia w jednym języku do jednej osoby (czyli poddała się naszej metodzie OPOL). Pojawiają się hiszpańskie końcówki np. „mam dużos” lub polskie w hiszpańskich czasownikach, głównie w czasie przeszłym „pegałam” (przykleiłam / he pegado), „cantaliśmy” (śpiewaliśmy / hemos cantado), „encontrałam” (he encontrado / znalazłam). Jest też małe zamieszanie z deklinacją. Polski dopełniacz (kogo? czego?), gdy odnosi się do właściciela, często dostaje w prezencie hiszpański przyimek de (Libro de mama – Książka do mamy). Rodzajniki pojawiają się przed polskimi rzeczownikami tylko wtedy, gdy tymczasowo zabraknie hiszpańskiego słówka (a więc powstają zdania „Tengo un kamień”, ale też „Mam kamień” i „Tengo una piedra”).

Jeśli zastanawiacie się, jaką gramatyką hiszpańską operuje takie dwuletnie dziecko, to zdecydowanie rządzi czas teraźniejszy, peryfrazy estar + Gerundio, ir a + Infinitivo i Pretérito Perfecto. To zresztą logiczne, tymi konstrukcjami dziecko opisuje najbliższą sobie rzeczywistość. Zauważyłam, że często brakuje czasowników posiłkowych w formach złożonych (Papi, ¿trabajando?, ¿Qué haciendo mama? Encontrado esto. Jugado, Cambiando pañal del oso), co nie zmienia jednak faktu, że naprawdę można się już dogadać.

Śpiewanie

Poza tym zna naprawdę mnóstwo, mnóstwo piosenek i rymowanek po polsku i po hiszpańsku. Moja teoria jest taka, że to dzięki piosenkom i rymowankom poszło nam do tej pory tak dobrze. Uwielbia śpiewać i chyba ma słuch muzyczny, bo potrafi sama zaintonować większość znanych nam piosenek. A uwierzcie mi, jest ich naprawdę mnóstwo. O niektórych prostych piosenkach hiszpańskich dla dzieci wspominałam w tym tekście. Teraz jesteśmy natomiast na etapie szalonej twórczości grupy Cantajuego.

A po polsku? Pierwszą książką, którą jej czytałam / śpiewałam / mruczałam była niepozorna „Nasze polskie rymowanki” wydawnictwa Greg. Była czytana dzień w dzień, dziecku, które nie potrafiło jeszcze samo siedzieć, a już słuchało o kółku graniastym czterokanciastym. Do jej ucha sączyła się historia o Babie Jadze, która masło kleci, mimo że masło było wciąż produktem zakazanym w diecie oseska żywiącego się samym mlekiem.

Z mojej strony nie była to jakaś przewrotna strategia ani „wymuszanie nauki” języka. Chciałam, po pierwsze, przypomnieć sobie teksty dawniej znanych mi piosenek (jakież było moje zdziwienie, gdy przeczytałam o Polsce dla Polaków w końcowych zwrotkach „Płynie Wisła, płynie”). Po drugie, wiedziałam, że do dziecka naprawdę po prostu trzeba MÓWIĆ. A znam takich rodziców, którzy albo nie mówią nic (przecież ono nie rozumie i nie odpowiada!) albo zostają przy monotonnych nakazach i instrukcjach (Daj mi to, Otwórz buzię). Potem się dziwią, że ich maluch nie ma bogatego słownictwa.

Piosenki i rymowanki, oprócz tego, że zdejmują z nas ciężar wymyślania interesujących dla malucha dyskursów, mają jeszcze tę zaletę, że są rymowane, ciekawie brzmią, jest w nich pełno powtarzających się elementów i onomatopei. A tego właśnie małe uszko potrzebuje najbardziej.

Rozmowa z miesięcznym dzieckiem

Kolejna rzecz, która była dla mnie bardzo istotna, a odkryłam ją przypadkowo czytając jakiś poradnik dla rodziców (choć może powinnam sama do tego dojść…) to to, że samo mówienie do dziecka to za mało. To od początku musi być zalążek rozmowy. I choć w przypadku rymowanek może nie inicjujemy z dzieckiem rozmowy, ale w każdej innej sytuacji tak powinno być. To znaczy, nie pytam „Ciepła woda? Chcesz spać? Chcesz mleko?”, żeby za sekundę samodzielnie odpowiedzieć na te pytania. Po pytaniach następuje chwila ciszy, kontakt wzrokowy, moment na to, żeby dziecko zaczęło rozumieć dynamikę konwersacji. Mówi jedno – odpowiada drugie. Nawet jeśli to drugie na razie potrafi tylko wsadzić sobie piąstkę do buzi.

Kategorie

Jest jeszcze coś, co w pewien sposób wzięłam sobie do serca i czego rezultaty widzę już od miesięcy. Mianowicie nauka wąskich kategorii. Człowiek, jak wiesz, uczy się świata poprzez kategoryzację. Tak działa nas umysł i język: na podstawie cech, które widzimy w przedmiocie lub rzeczy, przypisujemy je do konkretnych kategorii. A więc gołąb to ptak, bo ma skrzydła, dziób, znosi jaja itd. Jakimi kategoriami posługuje się małe dziecko? Takimi, jakich je nauczymy. Jeśli wszystko, co się rusza to „zwierzątko”, to maluch nie będzie wiedział, że jedno to gąsienica, a drugie to biedronka. Podobno dzieci, które potrafią rozróżniać wąskie kategorie, mają większy zasób słownictwa i lepiej opisują świat.

Moja T. na przykład interesuje się pojazdami. Czy ja mówię do niej: „o, brum brum” za każdym razem, gdy jakiś silnik zaburczy koło nas na spacerze? No nie. Mówię „samochód”, „ciężarówka”, „śmieciara”, „traktor”, „motor”. Ona już też rozróżnia i największą frajdę z jakiegoś powodu sprawiają jej kombajny i koparki. Identycznie jest ze zwierzętami i roślinami (jeśli wiem, że kwiatek to stokrotka, róża, tulipan lub mlecz, mówię jej to).

Prosty ale bogaty język

Słyszałam kiedyś, że do dziecka trzeba mówić prostym językiem. Zgadzam się i nie czytam T. rozpraw filozoficznych, wspólne czytanie mojego doktoratu też zostawiam na późniejsze lata. Ale dla mnie prosty język również może być BOGATYM językiem. To, że mała T. potrafi już wyrecytować „Nad rzeczką opodal krzaczka mieszkała kaczka dziwaczka” lub „Pewna żaba była słaba, więc przychodzi do doktora i powiada, że jest chora”, to dla mnie wskazówka, że nie ma przeszkód, żeby czytać dzieciom Brzechwę od samego początku (i nie zmieniać słów wiersza na „bardziej przystępne”: „Koło plum-plum blisko drzewka mieszka kwa-kwa” i „Kum-kum ma si”). Dodatkową zaletą jest to, że sama mogłam poćwiczyć dykcję i przypomnieć sobie kilka zapomnianych, pięknych polskich słów. Zastanawiałam się nawet, czy Brzechwa był logopedą?

Co będzie za kolejne dwa lata?

Tak to wygląda dzisiaj. Zdaję sobie sprawę, że to wszystko, co dzisiaj dzieje się w mowie mojej córki, za jakiś czas może się zmienić. Wpływ hiszpańskiego otoczenia na pewno będzie z czasem coraz silniejszy. Mimo to, jest mnóstwo sposobów nie tylko na zachowanie, ale i na rozwijanie polskiej mowy, wierzę, że się nam to uda (w Walencji jest nawet polska szkółka sobotnia ze świetnymi nauczycielkami, pozdrawiam, Aniu!). Rozumiem też, że każde dziecko jest inne i to, że T. tak dużo mówi to prawdopodobnie jej własne predyspozycje, geny i takie tam.

Pamiętam słowa mojej Babci, która wciąż powtarza anegdotkę rodzinną o mnie: podobno gdy zbliżały się moje drugie urodziny, zaczepił nas babci znajomy na ulicy i zapytał, jak się mam. A ja mu na to, że „z obcymi nie rozmawiam”. Dawniej trudno było mi uwierzyć, że dwuletnie dziecko może operować takimi trudnymi słowami. Teraz, widząc i słysząc T., jestem bardziej przekonana o prawdziwości babcinej historii.