Jaka jest najważniejsza cecha dobrego nauczyciela i wybitnego wykładowcy?

Nie wystarczy wiedzieć, trzeba jeszcze umieć swą wiedzę przekazać. Tylko czy na przekazaniu wiedzy kończy się rola wykładowcy? A co z zaszczepieniem w studencie pasji do jego przyszłego zawodu, do jakiejś dyscypliny albo do nauki w ogóle? Czy nauczyciel ma z tym coś wspólnego? Może mieć, jeśli tylko zechce. I jeśli okaże się szczodry.

Myślę, że to, o czym piszę dzisiaj, odnosi się do nauczycieli na wszystkich szczeblach nauczania. Ale skupię się na tym co jest mi teraz najbliższe, czyli na wykładowcach i pracownikach uczelni. To ich zachowania będę przytaczać jako przykłady dobrych i złych praktyk, ale nie doszukujcie się za tym konkretnych imion i nazwisk. Chociaż, jeśli jesteście właśnie studentami, może doktorantami na jakiejś uczelni, to na pewno z łatwością dopasujecie do opisanych przeze mnie profili konkretne osoby z Waszego otoczenia. Mam przy tym ogromną nadzieję, że w Waszym przypadku (tak jak i w moim!!) o wiele więcej znajdziecie przykładów tych dobrych, wybitnych wykładowców i nauczycieli akademickich, niż tych, którzy nie do końca wpisują się w tę kategorię.

Przejdźmy więc do tematu. Jaka to cecha? Co wyróżnia wybitnego nauczyciela z tłumu? Czy chodzi o jasność wyrażania myśli, formułowanie treści w czasie zajęć w taki sposób, żeby wzbudzały zainteresowanie studentów i łatwo zapadały w pamięć? Dobre przygotowanie do zajęć i świetny przekaz są niewątpliwie ogromnie ważne, ale czy najważniejsze? A może chodzi o pasję do własnego zawodu, ciągłe dokształcanie się i aktualizowanie swojej wiedzy w zakresie danego tematu? Na pewno taka widoczna pasja u nauczyciela łatwo staje się czymś zaraźliwym, bardzo często sprawia, że nawet najnudniejszy z pozoru przedmiot może stać się lubiany przez wielu uczniów. Jednak też nie o tym mowa. Cechy, które wymieniłam do tej pory są, w pewnym stopniu, składowymi tej jednej NAJWAŻNIEJSZEJ cechy, której dopatruję się w osobach pracujących w szkolnictwie lub zajmujących się pracą badawczą. Ta cecha to po prostu szczodrość.

Szczodry nauczyciel

Szczodrość jest moim zdaniem najistotniejszą i najbardziej cenną cechą charakteryzującą dobrego, wyśmienitego nauczyciela. Do tego odkrycia doprowadziły mnie wydarzenia ostatnich tygodni i spotkania z naukowcami (i wykładowcami) kilku wydziałów na uniwersytecie, który właśnie odwiedzam. To, o czym mówię, może się wydawać jakoś przesadnie abstrakcyjne, może nie rozumiecie jeszcze, w jaki konkretny sposób ta nauczycielska szczodrość ma się objawiać i nie potraficie jej rozpoznać wśród własnych wykładowców i otaczających Was osób. Już wyjaśniam.

Dzielenie się własnym czasem

Nauczyciel lub wykładowca szczodry ma czas i dzieli się nim z osobami, które tego potrzebują. To wbrew pozorom nie jest takie oczywiste. Podejrzewam, że nie jestem jedyną osobą, która zetknęła się z dziwną niedostępnością niektórych nauczycieli. Nawet w czasie oficjalnych konsultacji, drzwi do ich pokoju pozostają zamknięte, a studenci właściwie boją się zapukać, żeby nie naruszyć tego świętego spokoju, którego sobie ich wykładowca życzy (i, co gorsza, myśli, że na niego zasługuje). Tymczasem osoba szczodra ma czas i jasno sygnalizuje, że jest otwarta na rozmowę. Wręcz zaprasza do podjęcia kontaktu, wejścia w jakąś dyskusję, cierpliwie wysłuchuje tego, co student ma jej do powiedzenia. Zaprasza do konsultacji i nie jest to rzucanie słów na wiatr, a jeśli okaże się, że oficjalnie ustanowione godziny przyjmowania są dla studenta absolutnie nie do przyjęcia, to chętnie wyznaczy inny moment na spotkanie.

Dzielenie się wiedzą

Ta szczodrość w świecie akademickim objawia się jeszcze w jeden sposób, bardzo istotny, a chodzi tu o dzielenie się wiedzą. Być może to się wydaje oczywiste. Wykładowca dzieli się swoją wiedzą na każdych zajęciach, podaje ją w skondensowanej formie wykładu, którą studenci spisują w notatkach. Ale czy to wystarczy? Przypominam sobie często taką niezrozumiałą dla mnie dzisiaj sytuację z czasów moich studiów. Jedna z moich koleżanek chciała zgłębić pewien konkretny temat poruszony na zajęciach, być może nawet rozważała poświęcenie mu swojej pracy magisterskiej. Intuicyjnie wybrała więc rozwiązanie, które w swej prostocie wydaje się najlepsze: ufnie poprosiła specjalistę w temacie o wskazówki co do bibliografii. Niestety, nie spotkała się z oczekiwaną odpowiedzią. Została odesłana z kwitkiem i dodatkowo otrzymała bardzo krzywdzącą reprymendę na oczach reszty grupy, reprymendę za lenistwo i brak inicjatywy własnej.
UNAMUNO
Czasem wracam myślami do tamtej sytuacji i przychodzą mi do głowy dwa możliwe usprawiedliwienia dla zachowania tamtego wykładowcy. Być może rzeczywiście od wielu lat spotykał się z leniwymi studentami, którzy wszystko chcieliby mieć podane na tacy i po prostu był tym już zmęczony i nie zastanawiał się, czy każdym kolejny przypadek studenta proszącego o pomoc będzie taki sam. Drugie wytłumaczenie stawia tej osobie niestety gorszy zarzut: czyżby czuła się w jakiś sposób zagrożona tym, że inni chcą wtargnąć na jej terytorium i zagarnąć cząstkę tego, czemu poświęca swoje badania? Takie przypadki chytrości, czy braku szczodrości, widziałam również całkiem niedawno. Na przykład wtedy, gdy prowadzący seminarium podyplomowe wykładowca nie był skłonny w żaden konkretny sposób pomóc swoim studentom w doborze tematu, metod i korpusu. Są również i tacy, co nawet nie czytają przedstawianych im prac magisterskich lub doktorskich. Pozostawiają swoich studentów na pastwę losu, zagubionych i bez pomysłu do kogo udać się po pomoc. Pozostaje dla mnie tylko nieodgadnioną zagadką dlaczego tym nauczycielom nie żal straty zaufania, autorytetu i szacunku. Zawsze wydawało mi się, że to są takie społeczne cechy, których ludzie za wszelką cenę starają się bronić. Jak widać, nie wszyscy.

… i dostępem do wiedzy

Teraz przedstawmy drugą stronę medalu, z którą miałam ogromne szczęście spotykać się znacznie częściej. Szczodrość przejawia się w dzieleniu się wiedzą, materiałami, własnymi obserwacjami na tematy, którymi interesuje się student. Szczodry nauczyciel nie boi się dać odpowiednich narzędzi osobie dopiero rozpoczynającej swoją przygodę z nauką. Często musi się to odbywać poza ustalonymi godzinami zajęć, wymaga pewnego poświęcenia: trzeba przecież wyszukać odpowiednią informację we własnej bazie danych, odświeżyć sobie nieco pamięć. Szczodry nauczyciel, który odkryje żywe zainteresowanie, jakiś błysk pasji u swojego studenta, bez wahania poleci mu specjalistyczną bibliografię, może przygotuje kopie jakiegoś istotnego artykułu, podpowie gdzie poszukać dalszych inspiracji. Nie chodzi tu absolutnie o dawanie gotowców, ale o takie podzielenie się własnym doświadczeniem, wskazanie drogi, ułatwienie pewnych rzeczy. To taki gest szczodrości, który jest też w ogromnym stopniu okazaniem zaufania wobec studenta, pokazaniem mu, że wierzy się w jego możliwości. To się odbywa właśnie poprzez symboliczne przekazanie mu klucza do ogromu wiedzy i możliwości, który i tak sam będzie musiał po swojemu poznać, przefiltrować i dostosować do swoich potrzeb.

Czy to się opłaca?

Z mojego doświadczenia wynika, że nie wszyscy odpłacają się wzajemnością za taką akademicką, nauczycielską szczodrość. Zawsze będzie taki odsetek studentów, którzy rzeczywiście szukają tylko i wyłącznie gotowca, chcą coś mieć z głowy i próbują zrobić to najmniejszym wkładem energii. Jednak szczodry nauczyciel ma też to do siebie, że tylko po cichu liczy na jakieś odwzajemnienie, jakąś zapłatę. Zazwyczaj zadowala się tym, że choć jeden student na całą grupę połknie bakcyla, zakocha się bez umiaru w języku albo w literaturze i poświęci kolejne miesiące, może lata swojego życia, żeby je zgłębiać. Bo taka chyba powinna być misja pracowników szkolnictwa, badaczy, naukowców: otwierać ten świat nauki przed kolejnymi osobami, szukać sobie następców, umożliwiać młodym ludziom dostęp do wiedzy. A do tego potrzeba tylko jednej, bardzo ludzkiej cechy: szczodrości.

Jeśli przed Wami wybór seminarium, weźcie sobie to wszystko do serca. Zastanówcie się nad swoimi relacjami z różnymi wykładowcami, pomyślcie nie tylko o tym, czy interesuje Was dany temat. Zaręczam, że współpraca ze szczodrym promotorem to coś, co może pozytywnie wpłynąć na kilka miesięcy, a może nawet lat Waszego życia. Szukajcie takiego, o ile rzeczywiście tli się w Was jakiś płomyczek pasji, jakieś niezaspokojone zainteresowanie językiem albo literaturą. A myślę, że tak właśnie jest, skoro tu jesteście i czytacie o hiszpańskim z własnej woli, w wolnym czasie i nie na zaliczenie.

  • Ada

    Ciekawa rzecz: na moich poprzednich studiach zdecydowanie dominowali nauczyciele pierwszego typu. (A może po prostu ci drudzy byli gdzieś tam poukrywani po dziedzinach, które mnie zupełnie nie interesowały). Przyczyn widzę kilka: wypalenie, walka o granty, zmęczenie pracą na 3 etaty (uczelnia państwowa + prywatna albo i dwie + jakieś funkcje administracyjne), poczucie nikłego znaczenia tego, co się robi (bo wszystko, co miało być odkryte, już zostało odkryte przez naukowców z USA) itd. Trudno w takiej sytuacji znaleźć jakąkolwiek siłę na dydaktykę. A doktorantów i magistrantów przecież trzeba mieć, bo to dodatkowe punkty. Jeśli nie wiadomo skąd i po co pojawi się student autentycznie pasjonujący się jakimś zagadnieniem, bywa traktowany jak dopust boży. „Ale dlaczego nie może pani po prostu skserować sobie artykułu, tylko chce pożyczyć całe czasopismo?”, „Ale czemu chce pan chodzić na moje zajęcia? Naprawdę aż tak to pana interesuje?”. „A to ty chcesz robić badania do pracy magisterskiej na temat X, którym się podobno zajmuję od lat? Masz tu przecież gotowe wyniki badań w temacie Y, napiszesz jakiś wstęp teoretyczny i praca będzie gotowa”. I tak dalej.

    W świetle powyższego na moich nowych studiach czuję się… DZIWNIE. Bo nagle okazuje się, że można diametralnie inaczej. Oczywiście na razie nie chodzi o prace dyplomowe, a o zwykłe zajęcia. Złapałam się na tym, że wskutek funkcjonowania w, nazwijmy to, poprzednim systemie, mam trudność w dopytaniu o coś, mimo że widzę, że nauczyciel(ka) aż się rwie do pomocy. Ale podobno człowiek szybko przyzwyczaja się do dobrego, więc jest nadzieja 🙂

    • Ada, widzę, że masz doświadczenia z dobrymi i lepszymi (będę optymistką i założę, że nie ma takich zupełnie ZŁYCH) wykładowcami. To dobrze w pewnym sensie, bo to Cię nauczyło doceniać sytuację, z jaką się spotkałaś na swoich nowych studiach. Można inaczej i z czasem myślę, że nauczyciele akademiccy zrozumieją, że trzeba inaczej. Świat idzie do przodu i pojawiają się nowe modele nauczania i uczenia, w których dla profesorów starej daty zamkniętych we własnej bańce publikacji i grantów nie ma tak wiele miejsca. Byle tylko studenci też się zmieniali i potrafili wykorzystać dane im szanse, nie wykorzystując przy tym (w sensie negatywnym) osób, które te szanse im oferują. Jest nadzieja 🙂

  • Zawód nauczyciela nie jest zawodem trudnym, ale zawód dobrego nauczyciela wymaga już dużo wysiłku. Wydaje mi się, że potrzeba czegoś w rodzaju powołania do zawodu nauczyciela.

  • Pingback: Jak należy się obchodzić z blogerem językowym? – Hiszpański na luzie()

  • Pingback: Nauczyciele języków, tak was zapamiętałam – Hiszpański na luzie()

  • Bardzo interesujący wpis! Nigdy nie myślałam o pracy nauczyciela w tych kategoriach. Pojęcie szczodrości idealnie charakteryzuje dobrego nauczyciela! Oby każdy choć raz w życiu trafił na takiego 🙂

  • trafiłaś w sedno!

  • Magda

    Przeczytałam post z zainteresowaniem. Pracuję na uczelni jako lektor. Wcześniej pracowałam też w innych szkołach, różnych krajach. Zgadzam się. Szczodrość to wartość bardzo cenna w tym zawodzie, niestety nie tak częsta. Sama jednak zawsze próbuję stać po stronie studentów, służyć im jak najlepiej potrafię. Z drugiej jednak strony zabrakło mi w tym poście ważnej rzeczy, a mianowicie równowagi między dawaniem a ochroną siebie. Dawanie bez limitu i szeroka dostępność dla studentów nie wydaje mi się receptą na sukces. Oczywiście wciąż myślę, że to my jesteśmy dla studentów, a nie odwrotnie i że powinniśmy wykonywać swój zawód jak najlepiej umiemy. Mimo to ostatnimi czasy bardziej zauważam, że równie ważne jest stawianie granic i, jakkolwiek to zabrzmi , dawanie przede wszystkim sobie. Reasumując, uważam, że można przedobrzyć i dawać po prostu za dużo.

    • Bardzo dziękuję za komentarz i za opinię kogoś, kto zna te sytuacje z drugiej strony, jako lektor. To prawda, że nie poruszyłam tematu stawiania sobie jasno określonych granic. Zgadzam się, że w dawaniu również musi być pewien umiar, bo inaczej można siebie w tym wszystkim zatracić. Znam takie przypadki w moim otoczeniu, świetni wykładowcy, którym brakuje chwili na oddech, a czasem pomoc studentom skutkuje zaniedbaniem swojego życia i pracy naukowej. Oczywiście, nie tędy droga. Na pewno jest to ciekawy temat i warto byłoby go poruszyć w osobnym tekście, ku przestrodze (dla nauczycieli) i do przemyślenia dla uczniów i studentów, którzy mają zbyt roszczeniową postawę.

  • Mój promotor zdecydowanie był szczerym człowiekiem, choć absolutnie nie musiał, osiągnął już wszystko, co mógł i nie musiało mu zależeć na jakieś nakręconej na własny, pieczołowicie wymyślony temat, studentce. A jednak. I teraz się zastanawiam, czy to jego szczodrosc była tak ogromna, czy może zauważył we mnie cień pasji i zaangażowania 😉