Cani

Nie ma róży bez kolców i nie ma kultury popularnej bez cani. Tak więc dzisiaj chciałam napisać co nieco o tym szczególnym gatunku, który w pewnym stopniu przypomina mi polskiego dresiarza, chociaż jak zaraz zobaczycie, stylistyka obu jest nieco różna.

Wspomniałam już o cani przy okazji omawiania żeńskiej wersji choni, bo rzeczywiście mają wiele wspólnego i czasami łączą się w pary… (Chociaż warto zauważyć, że można spotkać dziewczyne cani, tak jak faceta choni, więc pewnie rożnice między nimi występują.)

Występuje najczęściej stadnie, a grupkę taką rozpoznamy z daleka bo błyszczy złotymi łańcuchami, kolczykami i pierścieniami i skrzeczy jak stado papug, albo, w wielu wypadkach, podśpiewuje do jakiegoś hitu  którym raczy przechodniów przez telefon, w trybie głośnomówiącym.

Canis, jak i nasi dresiarze, w dresie się urodzili. Lśniący firmowy, albo z targu, dres, plus sportowe buty z grubymi podeszwami (o krok od koturnów), plus obowiązkowa czapeczka bejsbolówka składają się na codzienny look canis. Tak jak chonis, canis obnoszą się z piercingiem na twarzy i obrzydliwymi zółtymi pasemkami we fryzurze. Mogą również występować z włosami w stylu pelado cenicero coś jak wojskowi w USA, albo, i tu wracamy do lat 90 i disco polo (Z. Martyniuk), noszą fryzurę zwaną u nas potocznie “płetwą” (z przodu krótko, z tyłu długo); niektórzy Hiszpanie używają angielskiego określenia mullet wym. malet.

Jeśli chodzi o zainteresowania i hobby, to musimy tu wspomnieć o głośnych motorach, muzyce elektronicznej i reggaeton, imprezach i narkotyzowaniu się. Zazwyczaj nie reprezentują ani wysokiego wykształcenia, zaledwie część może się pochwalić maturą, ani szczególnych aspiracji życiowych. Wiedzą nie grzeszą i wypowiadają się w specyficzny krzykliwy sposób, podskakując lekko do przodu, żeby podkreślić swoje wiecznie bojowe nastawienie i gotowość do konfrontacji.


I na zakończenie dodajmy, że rzeczywiście jest ich sporo!!
Więcej szczegółów znajdziecie na przykład tutaj Frikipedia o cani.

I nie martwcie się, przy najbliższej wizycie w Hiszpanii na pewno takiego napotkacie i będziecie po prostu wiedzieć: to jest cani. Intuicja w tych przypadkach nie zawodzi.