Co Hiszpanów dziwi w Polsce (część 2)

Była już mowa o niespodziankach związanych z zasadami panującymi w polskich domach, z jedzeniem i z pogodą. Nie można jednak zapominać, że Hiszpanom oczy otwierają się ze zdumienia podczas rozmów z Polakami i – tego nie można po prostu przemilczeć, na polskich drogach. Przed wami druga odsłona hiszpańskich polskich zdziwień. Już nigdy nie spojrzycie tak samo na dobrze Wam znany półmetrowy krawężnik przy wejściu do szpitala…

Zdziwienia drogowe

Ci, którzy jakimś trafem do naszej ojczyzny dotarli drogą lądową i własnym pojazdem, mówią później, że w pierwszej chwili instynktownie chcieli ten pojazd porzucić na poboczu, sturlać się do rowu i przeczekać, aż na drodze zrobi się pusto. Niestety, nie znaleźli stosownego pobocza (okazuje się, że u nas to dodatkowy pas do wyprzedzania, nic się nie marnuje), rowu też nie (zderzyli się z panelami wyciszającymi), pozostało im więc jedynie uruchomić te tak zwane oczy dookoła głowy, dać się wyprzedzić wszystkim pędzącym gdzieś kierowcom, wtulić między dwie ciężarówki i liczyć na to, że to nie są akurat TE ciężarówki, które się dzisiaj ścigają z wiatrem i między sobą. Podróż polskimi drogami to dla Hiszpanów namiastka spotkania ze śmiercią i od pierwszych chwil żałują, że naoglądali się filmików #meanwhileinrussia, myśląc, że to ciencia ficción. Jadą więc w pełnym skupieniu i wielkim napięciu, po drodze uczą się od innych kierowców polskich gestów i wymownych spojrzeń, modląc się przy tym, żeby czasem nie trzeba było skręcać w lewo. Tęsknią za rondami i światłami, i boleśnie uczą się zasad pierwszeństwa na drodze, bo wydaje się, że akurat im to pierwszeństwo nigdy nie przysługuje. Dopiero później próbują się dopytać znajomych znad Wisły, o co w tym wszystkich chodzi, ale trudno to zrozumieć. Równie trudno, jak wyjaśnić po hiszpańsku znaczenie wyrażenia „ułańska fantazja”.

Zdziwienia uliczne

W mieście przesiadają się więc na rower, ale tylko najbardziej odważni wytrzymują na siodełku więcej niż parę godzin. Decydują się więc pieszo przemierzać polskie miasta. Jeśli z nogami wszystko gra, to może nawet cieszą się tym spacerem, kontemplują patchworkowe chodniki wszędzie tam, gdzie nie są one pozakrywane zaparkowanymi po pańsku samochodami. Jeśli jednak cokolwiek kończynom dolega lub – w najgorszym przypadku, istnieje konieczność przemierzania miasta na wózku lub z wózkiem dziecięcym, to czar pryska. Okazuje się, że są przejścia dla pieszych, ale nie ma do nich dojścia, bo blokują je strategicznie zainstalowane granitowe donice z kosodrzewiną. A jeśli już się do przejścia dojdzie, trzeba przecież zeskoczyć ze schodka, w innych miejscach zwanego krawężnikiem. Nie ma podjazdu dla wózków do sklepów ani urzędów, a jeśli się pojawia, często są to dwa pasy cementu pasujące tylko do jednego rozstawu kół. Czyżby jakiś uniwersalny rządowy model wózka?

Zdziwienia rozmowne

Zagadują Polaków i zadziwiająco często spotykają się z ciepłą odpowiedzią, znajomością języka, fascynacją hiszpańską kulturą, a przynajmniej piłką nożną. Tylko nie mogą zrozumieć, dlaczego wciąż ktoś „robi im kobrę” czyli odchyla głowę w panice, przeczuwając zbliżające się dwa pocałunki w policzki. Wydaje się przy tym, że tu ciągle rozmowy toczą się na zakazane tematy lub w konspiracji, bo jeśli nie, to dlaczego wszyscy wciąż szepczą? Wyjątkiem są oczywiście głośni i narzucający się menele, dlaczego jest ich tutaj tak wielu? Przecierają oczy ze zdumienia, gdy zauważają, że flaszeczki wódki schodzą ze sklepowych półek wcześnie rano, czasem w takim samym tempie jak świeżo rozmrożone bułeczki. Często nie udaje im się nawiązać luźnej pogawędki ze sprzedawcami i obsługą barów czy restauracji. Mimo braku bariery językowej, pojawia się jakaś inna, niewidzialna przeszkoda. Czy ci ludzie pracują tu za karę?, pytają później. Trudno dać na takie pytanie jednoznaczną odpowiedź, bo kto wie, jak jest naprawdę? Trochę lepiej się sprawy mają, jeśli chodzi o wspólne narzekanie na pogodę. Tutaj Hiszpanie i Polacy zazwyczaj znajdują wspólny język.

Szok kulturowo-obyczajowy można przeżyć wszędzie: na autostradzie, w restauracji, a nawet nie wychodząc z własnego domu. Można przeczytać dziesiątki artykułów na temat typowych dla jakiegoś narodu zachowań, kwestii problematycznych w danym kraju, specyficznego podejścia do życia… ale ostatecznie to tylko gadanina, pisanina. Trzeba tego wszystkiego doświadczyć na własnej skórze by móc z czystym sumieniem stwierdzić, że „tak, w moim odczuciu oni jeżdżą jak wariaci” lub „przekonałem się, że kiełbaska na śniadanie to jest to”. Nie wierzę, że jakiś Hiszpan przyjedzie do Polski i zakocha się we wszystkim, co tu zobaczy (ani vice versa). Wiem jednak, że wielu jest takich, którzy przyjechali na chwilę, a siedzą do dziś. Z własnej woli, z michą żuru na stole i z uśmiechem od ucha do ucha.