Czy tylko głuptas żyje szczęśliwie? Vivir muy feliz

Od dobrych kilku miesięcy jednym ze źródeł moich hiszpańskich inspiracji są hiszpańskojęzyczne piosenki, bajeczki i zabawki mojej córki. Jest na przykład taka Zagroda Zenona (La Granja de Zenón) pełna zwariowanych stworzeń tańczących przy latynoskich rytmach. A wśród nich – kogut zwany Bartolito. Żyje sobie szczęśliwie i każdego ranka, gdy tylko wschodzi słońce, Bartolito śpiewa… muuuu albo miau-miau, albo meeee, albo hau-hau. Coś tu nie gra, koguciku! Przecież powinieneś budzić gospodarstwo bardziej odpowiednim dla koguta kukuryku!

Po hiszpańsku brzmi to tak:

Bartolito era un gallo que vivía muy feliz, cuando sol aparecía, Bartolito cantaba así…

Biedny, głupiutki Bartolito. Bo mówi się, że ktoś „żyje bardzo szczęśliwie” (vive muy feliz), gdy niemądrze się zachowuje, niczym się nie przejmuje, nie myśli o problemach i potencjalnych zagrożeniach, które (w opinii innych, osób) powinny czarną chmurą przysłonić mu to naiwnie szczęśliwe życie.

Słuchałam piosenki o Bartolito i przypominałam sobie różne sytuacje, w których usłyszałam od moich hiszpańskich znajomych, że ktoś vive muy feliz. Na przykład taka koleżanka z pracy, której się wydaje, że może sobie odpocząć albo skupić się na przygotowaniach do własnego ślubu, a tu przecież w niedalekiej przyszłości będzie musiała przejść przez następny egzamin oposiciones, do którego w ogóle się nie przygotowuje. Na pewno nie zdąży, jeśli dalej będzie się chodzić z głową w krainie tęczowych jednorożców!

Inny przykład, student przechwalający się bujnym życiem kulturalnym. Bo tu wystawa, tam happening, wyjście do kina, alternatywnego teatru, spotkania autorskie z lokalnymi poetami. Chwali się tym wszystkim promotorowi, a ten co mu za zarzuca? Zbyt szczęśliwe życie! Jak to, jak on tak szczęśliwie sobie żyje, przecież plan pracy magisterskiej sam się nie napisze! Bibliografia sama się nie przeczyta! Może czas już zejść na ziemię i ograniczyć sobie te kulturalne hulanki i swawole?

Oczywiście vivir feliz to przede wszystkim po prostu – tak dosłownie, „prowadzić szczęśliwe życie”. Ale naprawdę warto przyjrzeć się temu powiedzeniu i zauważyć, że pojawia się w kontekście krytyki, wytykania innym beztroski. Gdyby tak się zastanowić, to i po polsku „prowadzenie beztroskiego życia” brzmi trochę jak krytyka. Bo jak to tak, żyć bez zmartwień? Nie przejmować się? Cieszyć się chwilą, podczas, gdy masło drożeje, pracy nie ma, smog wypala nasze płuca…?

Chyba domyślacie się, jakim przesłaniem chcę zakończyć ten tekst. Może warto być właśnie jak Bartolito? Cieszmy się każdym dniem, róbmy swoje i nie przejmujmy się, że tam gdzie inni oczekują od nas „kukuryku”, my mówimy „miau”.