Profesor nie wiedział

Ostatnio rozmyślam nad błędami. To temat zawsze aktualny, niezależnie od tego, jakiego języka się aktualnie uczymy. Dotyczy nas również wtedy, gdy sami nauczamy, przekazujemy jakąś wiedzę. Często wtedy wymaga się od nas natychmiastowych odpowiedzi, znajomości jednego jedynego poprawnego klucza do ćwiczeń, podejmowania na gorąco czarno-białych wyborów między Subjuntivo a Indicativo. Sam powiedz, czy nie wymagasz od swojego nauczyciela nieomylności? Czy uważasz, że jeśli czegoś nie wie, to jest niedouczony?

Przychodzi taki moment, że człowiekowi nie uchodzą już płazem przejęzyczenia, źle postawione przecinki, niefortunne skróty myślowe.

Taki moment, w którym kończy się taryfa ulgowa dla błędów i chwilowego zaćmienia. Prawidłowe odpowiedzi mają się znaleźć natychmiast i w żadnym wypadku nie mogą zawisnąć na przysłowiowym „końcu języka”. Muszą bezzwłocznie zostać podane na tacy.

Opowiem ci historię sprzed kilku lat. Zupełnie przypadkiem usłyszałam wtedy rozmowę dwóch studentów. Rozmowa dotyczyła jednego z bardzo bliskich mi profesorów, człowieka z ogromną wiedzą, wszechstronnego, błyskotliwego. Jak to zwykle bywa, człowiek tak inteligentny, a przy tym bardzo wymagający wobec siebie i innych, wzbudza dwa rodzaje reakcji wśród studentów. Albo go kochają, albo nienawidzą. Tu raczej trudno o szarości, taka osoba wywołuje albo oślepiająco białe zauroczenie, albo czarną i pełną goryczy niechęć.

Do tej drugiej grupy anty-fanów profesora należał podsłuchany przeze mnie student. Głośno przechwalał się, jak to na ostatnich zajęciach udało mu się ZAGIĄĆ go pytaniem o użycie wielkich liter w jakimś bardzo konkretnym rodzaju dokumentów technicznych (dodam na marginesie, że na temat wielkich liter w Nowej Ortografii Języka Hiszpańskiego RAE napisano jakieś 300 stron, o ile dobrze pamiętam). No więc on pyta o ortografię tego wielkiego Jaśnie Pana Profesora, co to szczyci się tym, że napisał kilka książek, znany jest w Europie i w USA, biegle mówi w czterech językach. A Wielki Jaśnie Pan odpowiada, że NIE WIE, musiałby sprawdzić. Zasugerował opcję, która wydawała mu się poprawna, zaznaczając, że nie jest jej pewien. A student to później sprawdził i znalazł, że BŁĄD, źle, pudło!

Sugerowana przez profesora odpowiedź nie zgadzała się z tą oficjalnie zatwierdzoną przez RAE. Tym właśnie momentem rzekomego triumfu chwalił się tamten student na korytarzu. Chełpił się, że przyłapał profesora nie tylko na niewiedzy, ale też na błędzie! On, ten oświecony umysł, który dziesiątki studentów oblał na egzaminach, ON nie wiedział, jaka jest zasada poprawnej pisowni!

Nie wiem, czy student jeszcze tego samego dnia pobiegł do profesora na dyżur, żeby mu prosto w twarz rzucić tym „błędem”, nie wiem też, czy próbował mu błąd wypomnieć w czasie zajęć, na forum publicznym (to zawsze bardziej boli, prawda?).

Mogę sobie za to wyobrazić, co by się wydarzyło, gdyby to tego zdemaskowania doszło. Co by było, gdyby ten profesor dowiedział się, że przyłapano go na „błędzie”? Zapadłby się pod ziemię? Uciekłby do kąta, żeby sobie popłakać? A może niezwłocznie zapisałby się na kurs doszkalający dla filologów po pięćdziesiątym roku życia? Nie. Myślę, że raczej podziękowałby studentowi za sprawdzenie poprawnej odpowiedzi, pewnie uśmiechnąłby się pod nosem, wyobrażając sobie, jaką „frajdę” sprawił studentom całą tą sytuacją. Bo jest osobą ogromnie inteligentną, a przez to również świadomą nie tylko własnej wiedzy, ale też własnych ograniczeń. I wie, że błędów ni da się uniknąć, choćbyśmy się uczyli przez 20 lat, 20 godzin na dobę.

Nawet specjalista może w danym momencie NIE WIEDZIEĆ, jak jest poprawna odpowiedź. Nie można wiedzieć wszystkiego o wszystkim. Nawet w wąskiej dziedzinie specjalizacji, trudno jest być nieomylnym. Im bardziej zgłębiamy jakiś temat, tym mocniej zdajemy sobie sprawę, że tak naprawdę nigdy nie będziemy ekspertami we wszystkich kwestiach z nim związanymi. Dochodzimy do słynnego „wiem, że nic nie wiem”, tylko czy rzeczywiście to powinno nas przerażać lub zniechęcać?

I nie, nie piszę tego tekstu w ramach usprawiedliwienia dla błędów, które sama popełniam. Sama też czasem nie wiem. Z reguły nie próbuję wtedy zamieść tej niewiedzy pod dywanik, ale daję sobie drugą szansę: dochodzę poprawnej odpowiedzi. Zawsze uczę się przy tym wielu nowych rzeczy, które zostają mi już w pamięci na długo.

Jestem zdania, że często zamiast wiedzieć, lepiej jest wiedzieć gdzie szukać odpowiedzi. Zakres naszych umiejętności jest wtedy dużo większy.

Można więc czasem po prostu nie wiedzieć, nie być pewnym. Najważniejsze, żeby umieć się do tego szczerze przyznać, rozpoznać własne słabe punkty i pracować nad nimi, nigdy nie przestawać się uczyć, poszukiwać odpowiedzi, a nawet prosić o pomoc inne osoby. I to odnosi się zarówno do uczniów, jak i do uczących. A może i tutaj się mylę?