27 niezupełnie żenujących faktów o moich relacjach z językami

Pomysł na ten wpis podsunął mi niezwykle inspirujący nauczyciel języka angielskiego, Marcel z bloga Angielska Herbata. Pewnego dnia obnażył swą językową duszę i podzielił się z czytelnikami swojego bloga imponującą listą mniej lub bardziej żenujących faktów o jego własnej relacji z językami obcymi.

Zapowiedziałam, że zrobię to samo i wreszcie udało mi się sporządzić zgrabną listę 27 niekoniecznie żenujących faktów o moich związkach z językami. Ciekawa jestem, czy czymś Cię dzisiaj zaskoczę?

  1. Zapytana o imię i nazwisko w mało zobowiązujących sytuacjach i w towarzystwie osób, z którymi raczej nie spotkam się ponownie (raz był to kurs gotowania zupy, na który spontanicznie się zapisałam w centrum kultury, innym razem chodziło o jakąś uliczną ankietę na temat sprzętu AGD) czasem z lenistwa (i przekory) przedstawiam się po hiszpańsku jako Dorotea Ancla.
  2. Hiszpańskiego zaczęłam się uczyć dopiero na pierwszym roku studiów.
  3. Zawsze lubiłam się uczyć gramatyki, dobrze się przy tym bawię! Lubię odkrywać podobieństwa i różnice w systemach gramatycznych języków, których zdarzyło mi się już uczyć. Zdecydowanie należę też do tych osób, które twierdzą, że „nie da się poznać języka bez poznania jego gramatyki”.
  4. Nie posiadam obecnie żadnego słownika w wersji książkowej.
  5. Przedostatnim językiem, którego aktywnie się uczyłam (na kursie) był niemiecki. Szło mi całkiem nieźle, ale niestety „wzbiłam się” zaledwie do poziomu A2 i to dzięki temu, że przez kilka miesięcy mieszkałam w Niemczech. Chętnie wróciłabym do nauki, może jeszcze będzie ku temu okazja.
  6. Ostatnim językiem, którego się uczyłam (sama, z książek i bez kursu) była walencka odmiana katalońskiego. Z ręką na sercu przyznaję, że uczyłam się głównie z myślą o egzaminie (tzw. nauka „pod egzamin”) i zdobyciu oficjalnego certyfikatu, który bardzo się tutaj przydaje, jeśli chcemy pracować w sektorze publicznym. Zawzięłam się i są tego efekty: rozpoczęłam aktywną naukę na wiosnę 2016, w czerwcu zdobyłam B1 a w listopadzie C1. Mission complete!
  7. Na maturze ustnej zdawałam francuski w wersji podstawowej. Wylosowałam temat „opisz swój dzień” i do dziś pamiętam pierwsze dwa zdania, które wtedy wyrecytowałam. Matura: trauma na całe życie?!
  8. Przez kilka miesięcy w czasie studiów mówiłam po hiszpańsku z argentyńskim akcentem. Wszystkiemu byli winni poznani w owym czasie nowi znajomi i muzyka, jakiej wtedy słuchałam. Później mi przeszło (znajomi wyjechali, muzyka mi się znudziła, a akcent wyparował!).
  9. W liceum chodziłam do klasy językowej z rozszerzonym językiem angielskim i dodatkowym francuskim.
  10. Nazwę popularnego hiszpańskiego ciasteczka bollycao zawsze, niezawodnie wymawiam  jak „boli-kao”, prawdopodobnie dlatego, że chociaż skosztowałam go tylko raz, niemoralna ilość cukru i tłuszczów nasyconych w tym produkcie przyprawiła mnie o fizyczny ból żołądka i wyimaginowany ból zębów.
  11. W liceum brałam udział w tzw. Model United Nations. Moja grupa reprezentowała jakiś afrykański kraj (jaki?!) i pamiętam, że mimo iż wszyscy uznawani byliśmy za „dobrych z angielskiego”, dopiero w czasie MUN dowiedzieliśmy się, co oznacza aye i nay.
  12. Tam, skąd pochodzę, na porządku dziennym jest mówienie „idę na polę”, „drożdżówka z borówkami”, „oglądnęłam film” i nie wstydzę się tego. Regionalizmy są piękne!
  13. Po maturze starałam się o przyjęcie na dwa skrajnie różne kierunki: filologię hiszpańską i… orientalistykę. Dostałam się na obydwa, ale to filologia była moim wymarzonym kierunkiem. Ciekawe, co by dzisiaj ze mną było gdybym jednak wylądowała na tych drugich studiach?
  14. Przez pierwsze lata pobytu w Hiszpanii ogromnie stresowałam się rozmowami telefonicznymi, długo był to dla mnie najtrudniejszy rodzaj konwersacji: panikowałam przed każdym telefonem do urzędu lub do lekarza i zawsze starałam się znaleźć kogoś, kto mnie w tym wyręczy. Ten etap to już przeszłość, dzisiaj to ja zgłaszam się na ochotnika, żeby telefonicznie zgłosić reklamację wadliwego odkurzacza.
  15. Mój pierwszy podręcznik do gramatyki hiszpańskiej to była znana Wam pewnie książka Jacka Perlina. Do księgarni udałam się tylko z zapisanym na świstku papieru nazwiskiem autora, które z jakiegoś powodu wydało mi się francuskie… pamiętam minę sprzedającej, gdy poprosiłam o „gramatykę pana perlę”.
  16. Chociaż na blogu daję się poznać od bardzo wyluzowanej strony i piszę o języku potocznym, moja praca badawcza do tej pory skupiała się na jego zupełnym przeciwieństwie (na języku hiszpańskich naukowców z XIX wieku).
  17. W czasie studiów nie oblałam żadnego egzaminu (żenada czy nie?).
  18. Znam podstawy włoskiego: nauczyłam się go podczas półrocznego stażu Comenius w małej miejscowości pod Mediolanem. Moje współlokatorki były Włoszkami z krwi i kości, z tych krzykliwych (eufemizm). Zdobyłam ich serca polskimi wypiekami: okrzyknęły mnie nawet mianem piccolo genio della cucina, uwielbiam się chwalić tym „tytułem”.
  19. Przez rok, w liceum, z własnej i nieprzymuszonej woli chodziłam na zajęcia dodatkowe z łaciny, które odbywały się dwa razy w tygodniu od 7.00 do 8.00 i tak, mówię tu o godzinach wczesnoporannych. Z perspektywy czasu nie mogę się sobie nadziwić! Zwłaszcza, że na studiach staromodne metody nauki łaciny skutecznie mnie do tego języka zniechęciły.
  20. Gdy robię notatki w czasie nauki języka, zawsze czasowniki zapisuję WIELKIMI LITERAMI. Nabyłam ten nawyk na studiach. W czasie nauki hiszpańskiego, pomagało mi to jednym spojrzeniem odróżnić czasowniki od innego rodzaju wyrazów w zeszycie. Nawyk pozostał do dziś!
  21. W Polsce przez jakiś czas pracowałam jako lektorka hiszpańskiego, po przyjeździe do Hiszpanii znalazłam pracę jako nauczycielka… angielskiego w szkole języków obcych. Największym wyzwaniem (to taki eufemizm) była dla mnie praca z dziećmi od 4 do 9 lat. To wtedy zrozumiałam, że jeśli mam uczyć, to tylko dorosłych.
  22. Zawsze chciałam studiować polonistykę, ale „życzliwe osoby” skutecznie mnie do tego pomysłu zniechęciły.
  23. Przez pewien czas, nie znosiłam hiszpańskiego dubbingu we wszystkich filmach i serialach. Teraz z kolei nie mogę się nadziwić jak przez ponad 20 lat mojego życia mogłam spokojnie oglądać filmy z polskim lektorem monotonnie odczytującym kolejne wypowiedzi filmowych postaci. W każdym razie, gdybym miała pokazać Wam moją skalę preferencji to jest ona taka (od najlepszej do najgorszej): wersja oryginalna (polska, angielska lub hiszpańska) – wersja oryginalna w języku, którego nie znam z napisami w języku, który znam – wersja z dubbingiem – lektor.
  24. Gdybym miała mnóstwo dodatkowego czasu i energii do spożytkowania na naukę jakiegoś języka, chyba wzięłabym się za fiński. Dwa miesiące pobytu w Helsinkach wystarczyłī, żebym zakochała się w Finlandii i w suomi.
  25. Oprócz sytuacji opisanych w punkcie 1. nigdy nie podaję swojego imienia w innej niż polska wersji. Jestem zdania, że skoro ja mogę wymówić „Ainhoa” to Hiszpanie, Anglicy, Niemcy i kto tam jeszcze mogą się przyłożyć do powtórzenia za mną „Dorota”. Moi hiszpańscy przyjaciele czasem zwracają się do mnie per Do lub Doro, ale nigdy Dorotea.
  26. Łatwiej przychodzi mi rozumienie angielskiego w wersji amerykańskiej niż z Anglii. Nie odważyłabym się jednak powiedzieć, że mój osobisty angielski zbliżony jest do którejkolwiek z tych opcji…
  27. Kiedy składałam podanie o stypendium Erasmusa, chciałam koniecznie pojechać do Sewilli, na drugim miejscu zaznaczyłam Barcelonę, na szarym końcu Walencję. Los (i komisja rekrutacyjna) zadecydowali za mnie, Walencja była mi przeznaczona!

Nawet nie wiesz, jaką frajdę może sprawić spisanie takiej listy. Nie wiem, czy równie przyjemne jest jej czytanie (?), ale bardzo Cię zachęcam do wymienienia chociaż kilku ciekawostek lub (nie)żenujących faktów o TWOJEJ relacji z językami. Możesz sobie w ten sposób wiele rzeczy uświadomić i pouśmiechać się do wspomnień. Będę zaszczycona, jeśli zechcesz się niektórymi ze mną podzielić w komentarzu!