Co musisz wiedzieć, zanim zaczniesz używać hiszpańskich wulgaryzmów

Pamiętam rozmowę sprzed kilku lat, którą odbyłam podczas jakiegoś koleżeńskiego grillowania. Stanowi idealny wstęp do dzisiejszego tekstu.

DOROTA: ¡Esta salchicha sabe horrible!
JUAN (znajomy): ¿Pero por qué para ti todo es horrible? Ya es hora de que aprendas a hablar español de verdad. Se dice „esta salchicha es una puta mierda”.
DOROTA: Muy bien, gracias, es un consejo maravilloso.
JUAN: ¿Maravilloso? Venga, con la cantidad de palabras que tienes para decirlo… de puta madre, cojonudo…

Co ma począć z tymi wszystkimi wulgarnymi powiedzonkami obcokrajowiec uczący się hiszpańskiego? Czy rzeczywiście jest konieczne wprowadzenie do swojego zasobu słownictwa długiej listy przekleństw, żeby wreszcie brzmieć jak Hiszpanie? Czy zostaniemy uznani za dziwaków, jeśli nie będziemy używać (albo wręcz nadużywać) mierda, puta, coño?

Na początku przygody z językiem obcym pojawia się w nas wszystkich jakaś dziwna potrzeba poznania wyrażeń kolokwialnych w nowym języku, które wiele osób bezpośrednio kojarzy właśnie z wulgaryzmami i przekleństwami (a to zaledwie maleńka cząstka kolokwialnego zasobu słownika każdego języka!). Szukamy listy „top 10 hiszpańskich przekleństw” i wielką radochę sprawia nam odkrycie, że gdy oni się wściekają, robią kupę do mleka (me cago en la leche). Ten rodzaj słownictwa ma wielką moc przyciągania, chcemy się z nim zapoznać jak najszybciej i najlepiej od razu zacząć wplatać te obce epitety do własnych wypowiedzi.

I tutaj pojawiają się trzy podstawowe kwestie, których powinna być świadoma każda osoba ucząca się hiszpańskiego.

1. Musisz dobrze ocenić sytuację i rodzaj więzi, jaka łączy cię z rozmówcami, żeby w odpowiedni sposób użyć hiszpańskiego wulgaryzmu

Zastanów się, czy przeklinasz we własnym domu, w otoczeniu rodziny i młodszego rodzeństwa? Czy przyszłoby Ci do głowy rzucić k**** w towarzystwie nowo poznanych kolegów ze studiów? Znaleźć odpowiedzi na te pytania jest stosunkowo łatwo, bo odnosimy się do znanej nam polskiej rzeczywistości, w której już przez ileś lat się obracamy i wiemy gdzie i kiedy jest miejsce i czas na dosadne słownictwo. W zupełnie nowym otoczeniu, w Hiszpanii, gdzie w dodatku panują nieco inne normy zachowania, może być nam o wiele trudniej ocenić to, czy z naszymi rozmówcami łączy nas już na tyle silna więź, żeby pozwolić sobie na pewne zachowania i konkretny sposób wypowiedzi. W Hiszpanii i zwłaszcza w Hiszpanii, bo przecież tu już od pierwszego „cześć” jesteśmy ze wszystkimi po imieniu, a po pierwszych piętnastu minutach rozmowy wydaje się, że właśnie znaleźliśmy nowych wspaniałych przyjaciół. Ale amigo to nie to samo co przyjaciel, a ekstremalnie nieformalne odnoszenie się młodszych do starszych i uczniów do nauczycieli nie sprawia, że od razu przenosimy się do komfortowej strefy języka potocznego.

Dlatego moja rada jest taka: daj sobie więcej czasu na rozeznanie się w sytuacji, obserwuj jak inni ludzie ze sobą rozmawiają, kiedy i gdzie przeklinają, a kiedy stosują wyrażenia bardziej neutralne.

2. Jesteś i już zawsze będziesz Polakiem

Całkiem fajna wizja, prawda? Ale w kontekście tego, o czym dzisiaj pisze, nabiera nowego znaczenia.
Erasmus przychodzący na konsultacje do profesora najprawdopodobniej będzie się do niego odnosił na ty (bezkarnie i zupełnie prawidłowo), ale

sielanka szybko może się zmienić w koszmar i wizję braku zaliczenia, jeśli ten sam Erasmus stwierdzi, że „el examen ha sido muy jodido y me ha costado un huevo estudiar”.

Wyobraź sobie, że już doskonale opanowałeś kwestie z punktu 1 i wydaje ci się, że wiesz jaka powinna być częstotliwość używania wulgaryzmów przez osobę w twoim wieku, twojej płci i w jakiejś konkretnej sytuacji. Ale, ale! Zwolnij, zatrzymaj się, spójrz w lustro, a jeśli jesteś wyjątkowo smagły, to zajrzyj jeszcze do porfela i upewnij się, że wciąż nosisz tam ten śmiesznie różowy dowód osobisty. Przypomnij sobie, że TY NIE JESTEŚ HISZPANEM / HISZPANKĄ.

Hiszpańskie przekleństwa w ustach obcokrajowca zawsze bardziej zwracają uwagę, niż te rzucane na prawo i lewo przez rodowitych użytkowników języka.

W czasie spotkania przy piwku, świeżo przyjęty do grupy Polak z wypiekami na twarzy opowiada swoje wrażenia z ostatniego lotu do kraju, starając się przy tym imitować ekspresywność wypowiedzi swoich rozmówców. Joder, stewardessy wyprosiły z jodido samolotu ponad 20 pijanych buraków z Polski, joder! (nasz bohater akurat jest na etapie zafascynowania tym słówkiem). Myślę, że prawdopodobnie wzbudzi to powszechne rozbawienie i być może sprowokuje do niemiłosiernego przedrzeźniania i niewybrednych żartów. Dlaczego? Bo obcokrajowiec, który być może nie przebywa w Hiszpanii od zbyt dawna i w dodatku wciąż ma problemy z poprawną odmianą czasowników, stara się za bardzo „być jak oni”. Efekt jest taki, że brzmi jak bezmyślna papuga i wydaje się, że nie wie tak naprawdę, co mówi i jakie ma to znaczenie. Dlatego zawsze lepiej podchodzić z rezerwą do tego rodzaju słownictwa, żeby nie narazić się na śmieszność.

3. W Hiszpanii niektóre wyzwiska używane są nie tyle dla obrażenia kogoś, ale jako wyraz podziwu lub uznania

Brzmi to być może zupełnie abstrakcyjnie, ale to prawda: w niektórych sytuacjach Hiszpanie zwracają się do siebie per hijo de puta lub cabrón bez żadnej negatywnej intencji. Wyobraź sobie na przykład, że grupka dobrych kumpli gra w karty o jakąś pokaźną sumkę. Ten, kto cieszy się największym szczęściem i wygrywa zostanie być może wielokrotnie nazwany hijo de puta, a na koniec ktoś mu wypomni has tenido, suerte cabrón. Wszystko to może mieć miejsce tylko w odpowiednim kontekście: między dobrymi znajomymi lub przyjaciółmi, którzy znają się jak łyse konie i odnoszą się do siebie bez skrępowania.

Takie użycie wulgarnych epitetów jest moim zdaniem jeszcze trudniejsze do opanowania niż to klasyczne, w negatywnym kontekście lub dla obrażenia czyichś uczuć. Po pierwsze dlatego, że rozpoznanie tego typu sytuacji jest dużo trudniejsze i naprawdę ciężko czasem ocenić, czy dana osoba nie uzna, że rzeczywiście chcesz ją urazić. Po drugie, przecież nadal jesteś tylko obcokrajowcem imitującym sposób mówienia Hiszpanów… być może sam nie wiesz, co mówisz? Może oni nie wiedzą, że ty wiesz jak się „pieszczotliwych wyzwisk” używa?

Jak widzisz, kwestia używania wulgaryzmów przez osoby uczące się hiszpańskiego jest skomplikowana i wymaga porządnej gimanstyki w zakresie relacji międzyludzkich.

Można sobie od razu dać spokój (przecież nie każdy musi przeklinać!), można też spokojnie poczekać, aż „problem” sam się rozwiąże i z biegiem czasu znajdziemy odpowiednią dla siebie dzienną porcję wulgaryzmów w obcym języku. Jeśli wybierasz tę drugą opcję, to w kolejnym odcinku odpowiem ci na bardziej konkretnie na pytania: czy należy się uczyć wulgaryzmów i w jaki sposób do tego podejść.

A tymczasem daj znać, czy z powodu użycia jakiegoś brzydkiego słówka w hiszpańskim naraziłeś się kiedyś na śmieszność albo znalazłeś się w nieprzyjemniej sytuacji? Jakie jest w ogóle twoje podejście do tego rodzaju słownictwa w obcym języku?

I jeszcze coś do poczytania na ten temat po hiszpańsku: Tacos españoles en bocas extranjeras