Jak należy się obchodzić z blogerem językowym?

Założę się, że niewielu osobom tytułowe pytanie spędza sen z powiek. Przecież blog językowy jest po to, żeby go czytać, a bloger siedzący po drugiej stronie ekranu to zaledwie narzędzie do wypisywania nowych list słówek, odpowiadania na maile z prośbami o tłumaczenia i polecania najlepszych książek, słowników i szkół językowych. Oczywiście masz rację: w poprzednim zdaniu zabrakło wielkiego, wytłuszczonego NIE. Blog językowy to nie tylko czytadło, bloger go tworzący to nie tylko rozbudowana wersja Google Translator.

Uprasza się o tłumaczenie

Kilka dni temu po raz kolejny zostałam poproszona o przetłumaczenie czegoś dla kogoś za nic. Uwaga, zanim oskarżycie mnie o brak szczodrości wobec ludzi żądnych językowych rad, przeczytajcie dokładnie jak to było. W piękny sierpniowy poranek otrzymałam wiadomość na fanpejdżu strony, a za pięć minut tę samą wiadomość na maila. Cytuję, bo jest krótka:

Cześć! Bardzo proszę o przetłumaczenie w komentarzu pod tym filmikiem [LINK]

Widzicie, osoba, która się do mnie odezwała to autor kanału na YT o dowcipnej tematyce. Zdarzyło mu się umieścić filmik z fragmentem wypowiedzi po hiszpańsku, który oczywiście nie został zrozumiany przez jego publiczność, bo kanał nie ma nic wspólnego z językiem hiszpańskim. Postanowił więc zasięgnąć języka i padłam jedną z jego ofiar. Nie wiadomo czemu nie pognałam od razu komentować filmiku i w komentarzu tłumaczyć hiszpańskiego fragmentu. Gdy odpowiedziałam autorowi, że wydaje mi się, że sposób w jaki się do mnie zwrócił i jego prośba nie przestrzegają zasad netykiety, odgryzł się, że „przecież napisał PROSZĘ”.

Podróż za jeden uśmiech, tłumaczenie obcemu, zupełnie nie związanemu z HNL osobnikowi tekstu W KOMENTARZU za jedno proszę; osobie, która nie wie, do kogo pisze, bo gdy odpowiedziałam, że „dziękuję, ale nie zajmuję się tłumaczeniami pod filmikami” zostałam potraktowana po męsku i przeczytałam:

„żal mi cię frajerze”

Tak sobie myślę, że gdyby chociaż zaglądnął raz na bloga to nazwałby mnie frajerką, prawda?

Sytuacja rozbawiła mnie, ale też skłoniła do refleksji, bo to nie pierwszy raz, że ktoś „z ulicy” zwraca się do mnie po prośbie. Być może gdybym miała w skrzynce tony maili jak jakiś słynny Kominek to nawet bym się nie fatygowała na takie wiadomości odpowiadać… ale ton nie ma, za to od czasu do czasu zdarza się sytuacja, która kompletnie zbija mnie z tropu. Co więcej, wiem doskonale, że nie ja jedna tego doświadczam. Wielu znanych mi blogerów zajmujących się językami zna podobne historie. Dlaczego tak często ktoś uznaje nas za FRAJERÓW? Myślę, że przyczyna leży w tym, że ludzie nie wiedzą jak się obchodzić z blogerami językowymi. Nasz gatunek jest słabo znany, nie zaglądamy na kanapy telewizji śniadaniowej. Jeśli więc sami nie wyznaczymy pewnych zasad postępowania i kultury w stosunku do nas, to społeczeństwo nie będzie wiedzieć co wypada, a co nie.

Pięć zasad w kontaktach z blogerami językowymi

1. Pamiętaj, że jest osobą

Z bardzo małymi wyjątkami, za tworzeniem bloga o tematyce językowej stoi jedna osoba. Jedna osoba, która gromadzi materiały, tworzy treści, wypisuje listy słówek i troszczy się (a przynajmniej powinna!) o jakość merytoryczną tekstów, które innym mają posłużyć do nauki. To właśnie dlatego teksty na takich blogach nie pojawiają się codziennie, bo trzeba w nie włożyć sporo pracy. Zazwyczaj też osoba tworząca blog jest jeszcze kimś innym: pracuje, jest żoną/mężem, matką/ojcem, ma na głowie dom, rodzinę, lubi sobie wypocząć i wybrać się na wycieczkę. Za blogiem nie stoi armia uzbrojonych w słowniki pasjonatów, którzy na każde zawołanie gotowi są rzucić wszystko i przetłumaczyć dla Ciebie miłosny whatsup od kochanka z Sewilli (historia prawdziwa, takie zapytania też otrzymywałam).

2. Jeśli kochasz, nie milcz

Jeśli rzeczywiście śledzisz jakiś blog, czytasz teksty, jeśli możesz z ręką na sercu przyznać, że czegoś się dzięki blogerowi i jego twórczości nauczyłeś… nie zachowuj tego dla siebie. Blogerzy językowi czują się trochę jak pustelnicy. Teoretycznie, piszą dla setek lub tysięcy ludzi podzielających ich pasję do języka i kultury jakiegoś kraju, mają więc ze swoimi czytelnikami więcej wspólnego niż szafiarka ze swoimi fankami (nawet jeśli wszystkie używają tego samego koloru szminki). Jednak z jakiegoś powodu publiczność blogów językowych częściej decyduje się milczeć. Ktoś złośliwy mógłby powiedzieć, że czytelnik przychodzi na blog tylko po to, by z niego czerpać (materiały, słówka, linki do przydatnych narzędzi), ale nie czuje się w obowiązku, żeby też coś od siebie zostawić. Ja wolę wierzyć, że czytelnik bloga językowego a) często jest nieśmiały i boi się zabierać głos w kwestiach językowych, których dopiero się uczy, b)  nie uświadamia sobie dostatecznie potrzeby komunikacji, którą odczuwa bloger i która wynika bezpośrednio z punktu pierwszego na tej liście. Bloger to nie wydawnictwo drukujące podręczniki. Potrzebuje interakcji, reakcji, chce wiedzieć, że nie pisze bez sensu, marzy mu się, żeby jego Czytelnicy ujawnili się nie tylko w postaci cyferek w Google Analytics, ale też w bezpośrednim kontakcie, komentarzach, mailach, reakcjach na fanpejdżu.

3. Zrozum, że bloger nie jest misjonarzem

To być może najbardziej polemiczny z punktów na tej liście. Bo przecież bloger to pasjonat, miłośnik języka, specjalista… czy więc jego misją nie jest niesienie języka do wszystkich? Dla osób z zewnątrz, staje się w skrócie „osobą znającą język X”. Często wydaje się, że już sam fakt znajomości języka, który dla innych stanowi barierę nie do pokonania, powinien blogera skłonić do niesienia kaganka oświaty wszędzie tam, gdzie ktoś się będzie tego domagał. Przetłumacz mi to. Jak to będzie po hiszpańsku? Potrzebuję wypracowania na ten i tamten temat. Popraw mi tę rozprawkę. W jakimkolwiek zawodzie pracujesz, czymkolwiek się zajmujesz, chyba nie czułbyś się komfortowo, gdyby zupełnie obcy i przypadkowi ludzie zaczęli Cię nagle wypytywać i dopraszać się o darmowe konsultacje. Najlepiej tę sytuację znają lekarze, którzy, gdy tylko ujawnią się publicznie – w autobusie, w samolocie, w kolejce po ser – ze swoją profesją, zaraz ktoś podsunie im pod nos podejrzaną kurzajkę na ręce, a ktoś inny zacznie biadolić o bólu krzyża. To nie jest normalne. Jest czas i miejsce na wszystko, a jeśli potrzebujesz profesjonalnej porady, udaj się do specjalisty, pokaż specjaliście od języka, że jego wiedza lub umiejętności to jest coś, co potrafisz docenić.

4. Pytaj, ale nie traktuj blogera jak Google Translator (i pamiętaj, że GT istnieje)

Jest dla mnie niezrozumiałe, że ktoś zwraca się do mnie z prośbą o przetłumaczenie całego tekstu, bez nawet próby zadania sobie trudu samodzielnego tłumaczenia. Tak, GT istnieje. Tak, są słowniki internetowe. Nie oznacza to absolutnie, że nigdy przenigdy blogera nie można o nic zapytać. Co jakiś czas dostaję ciekawe zapytania o słówka, wyrażenia lub jakieś trudne konstrukcje gramatyczne od osób, które ewidentnie zadały sobie wcześniej trud, żeby jakoś na własną rękę poszukać odpowiedzi. A kiedy dostępna w książkach wiedza zawiodła, zwróciły się do mnie z konkretnym problemem, który w miarę możliwości starałam się pomóc rozwiązać. Przykład w cytowanej poniżej wiadomości:

Chciałabym się zapytać, jak powiedzieć po hiszpańsku „wydało się” w takim kontekście, że ktoś coś do mnie napisał i ja żartem, trochę z ironią, odpowiadam, że wydał się jakiś mój sekret, jakaś moja cecha

TO jest coś, o czym możemy podyskutować, autentyczna rozterka językowa osoby, która zna już podstawy, ma słownik, ale wie, że w słowniku nie znajdzie wyrażenia odpowiedniego do tak specyficznej sytuacji.

A co jeśli rzeczywiście potrzebujesz tłumaczenia całego tekstu? Zapytaj o cennik.

5. Poprawiaj, jeśli masz pewność

Bloger nie jest świętą krową i można, a nawet należy zwracać mu uwagę na zauważone w tekście błędy, na przykład zjedzone literki, brak akcentów, niepoprawne tłumaczenia. Koniecznie! Osobiście bardzo sobie cenię tego typu komentarze, bo tylko upewniają mnie, że ktoś z uwagą czyta to, co piszę, i że w razie problemów będę mogła liczyć na to, że ewentualny błąd ktoś mi pokaże, zanim zostanie utrwalony w sieci. Bardzo istotne jest tylko to, żeby przed wskazaniem blogerowi błędu, upewnić się, że on rzeczywiście tam jest. Większość tekstów przechodzi solidną korektę przed publikacją, zwłaszcza pod względem poprawności w zapisie i tłumaczeniu obcojęzycznych wyrazów. Dlatego mocno wierzę, że błędy u blogerów językowych pojawiają się bardzo rzadko, a nie powinny się pojawiać w ogóle.

Czy sam zastanawiałeś się kiedyś kim jest bloger językowy? Kim są Ci wszyscy fantastyczni ludzie zrzeszeni wokół bloga Kulturowo-Językowi, piszący dla Ciebie teksty, pomagający w nauce, dostarczający motywacji do zgłębiania tajników języka? A może zupełnie nie mam racji i zbyt ostro odnoszę się do osób, które proszą mnie o tłumaczenia i inne przysługi językowe – czy one powinny płynąć z czystej dobroci serca, której mi brakuje?