Jak należy się obchodzić z blogerem językowym?

Założę się, że niewielu osobom tytułowe pytanie spędza sen z powiek. Przecież blog językowy jest po to, żeby go czytać, a bloger siedzący po drugiej stronie ekranu to zaledwie narzędzie do wypisywania nowych list słówek, odpowiadania na maile z prośbami o tłumaczenia i polecania najlepszych książek, słowników i szkół językowych. Oczywiście masz rację: w poprzednim zdaniu zabrakło wielkiego, wytłuszczonego NIE. Blog językowy to nie tylko czytadło, bloger go tworzący to nie tylko rozbudowana wersja Google Translator.

Uprasza się o tłumaczenie

Kilka dni temu po raz kolejny zostałam poproszona o przetłumaczenie czegoś dla kogoś za nic. Uwaga, zanim oskarżycie mnie o brak szczodrości wobec ludzi żądnych językowych rad, przeczytajcie dokładnie jak to było. W piękny sierpniowy poranek otrzymałam wiadomość na fanpejdżu strony, a za pięć minut tę samą wiadomość na maila. Cytuję, bo jest krótka:

Cześć! Bardzo proszę o przetłumaczenie w komentarzu pod tym filmikiem [LINK]

Widzicie, osoba, która się do mnie odezwała to autor kanału na YT o dowcipnej tematyce. Zdarzyło mu się umieścić filmik z fragmentem wypowiedzi po hiszpańsku, który oczywiście nie został zrozumiany przez jego publiczność, bo kanał nie ma nic wspólnego z językiem hiszpańskim. Postanowił więc zasięgnąć języka i padłam jedną z jego ofiar. Nie wiadomo czemu nie pognałam od razu komentować filmiku i w komentarzu tłumaczyć hiszpańskiego fragmentu. Gdy odpowiedziałam autorowi, że wydaje mi się, że sposób w jaki się do mnie zwrócił i jego prośba nie przestrzegają zasad netykiety, odgryzł się, że „przecież napisał PROSZĘ”.

Podróż za jeden uśmiech, tłumaczenie obcemu, zupełnie nie związanemu z HNL osobnikowi tekstu W KOMENTARZU za jedno proszę; osobie, która nie wie, do kogo pisze, bo gdy odpowiedziałam, że „dziękuję, ale nie zajmuję się tłumaczeniami pod filmikami” zostałam potraktowana po męsku i przeczytałam:

„żal mi cię frajerze”

Tak sobie myślę, że gdyby chociaż zaglądnął raz na bloga to nazwałby mnie frajerką, prawda?

Sytuacja rozbawiła mnie, ale też skłoniła do refleksji, bo to nie pierwszy raz, że ktoś „z ulicy” zwraca się do mnie po prośbie. Być może gdybym miała w skrzynce tony maili jak jakiś słynny Kominek to nawet bym się nie fatygowała na takie wiadomości odpowiadać… ale ton nie ma, za to od czasu do czasu zdarza się sytuacja, która kompletnie zbija mnie z tropu. Co więcej, wiem doskonale, że nie ja jedna tego doświadczam. Wielu znanych mi blogerów zajmujących się językami zna podobne historie. Dlaczego tak często ktoś uznaje nas za FRAJERÓW? Myślę, że przyczyna leży w tym, że ludzie nie wiedzą jak się obchodzić z blogerami językowymi. Nasz gatunek jest słabo znany, nie zaglądamy na kanapy telewizji śniadaniowej. Jeśli więc sami nie wyznaczymy pewnych zasad postępowania i kultury w stosunku do nas, to społeczeństwo nie będzie wiedzieć co wypada, a co nie.

Pięć zasad w kontaktach z blogerami językowymi

1. Pamiętaj, że jest osobą

Z bardzo małymi wyjątkami, za tworzeniem bloga o tematyce językowej stoi jedna osoba. Jedna osoba, która gromadzi materiały, tworzy treści, wypisuje listy słówek i troszczy się (a przynajmniej powinna!) o jakość merytoryczną tekstów, które innym mają posłużyć do nauki. To właśnie dlatego teksty na takich blogach nie pojawiają się codziennie, bo trzeba w nie włożyć sporo pracy. Zazwyczaj też osoba tworząca blog jest jeszcze kimś innym: pracuje, jest żoną/mężem, matką/ojcem, ma na głowie dom, rodzinę, lubi sobie wypocząć i wybrać się na wycieczkę. Za blogiem nie stoi armia uzbrojonych w słowniki pasjonatów, którzy na każde zawołanie gotowi są rzucić wszystko i przetłumaczyć dla Ciebie miłosny whatsup od kochanka z Sewilli (historia prawdziwa, takie zapytania też otrzymywałam).

2. Jeśli kochasz, nie milcz

Jeśli rzeczywiście śledzisz jakiś blog, czytasz teksty, jeśli możesz z ręką na sercu przyznać, że czegoś się dzięki blogerowi i jego twórczości nauczyłeś… nie zachowuj tego dla siebie. Blogerzy językowi czują się trochę jak pustelnicy. Teoretycznie, piszą dla setek lub tysięcy ludzi podzielających ich pasję do języka i kultury jakiegoś kraju, mają więc ze swoimi czytelnikami więcej wspólnego niż szafiarka ze swoimi fankami (nawet jeśli wszystkie używają tego samego koloru szminki). Jednak z jakiegoś powodu publiczność blogów językowych częściej decyduje się milczeć. Ktoś złośliwy mógłby powiedzieć, że czytelnik przychodzi na blog tylko po to, by z niego czerpać (materiały, słówka, linki do przydatnych narzędzi), ale nie czuje się w obowiązku, żeby też coś od siebie zostawić. Ja wolę wierzyć, że czytelnik bloga językowego a) często jest nieśmiały i boi się zabierać głos w kwestiach językowych, których dopiero się uczy, b)  nie uświadamia sobie dostatecznie potrzeby komunikacji, którą odczuwa bloger i która wynika bezpośrednio z punktu pierwszego na tej liście. Bloger to nie wydawnictwo drukujące podręczniki. Potrzebuje interakcji, reakcji, chce wiedzieć, że nie pisze bez sensu, marzy mu się, żeby jego Czytelnicy ujawnili się nie tylko w postaci cyferek w Google Analytics, ale też w bezpośrednim kontakcie, komentarzach, mailach, reakcjach na fanpejdżu.

3. Zrozum, że bloger nie jest misjonarzem

To być może najbardziej polemiczny z punktów na tej liście. Bo przecież bloger to pasjonat, miłośnik języka, specjalista… czy więc jego misją nie jest niesienie języka do wszystkich? Dla osób z zewnątrz, staje się w skrócie „osobą znającą język X”. Często wydaje się, że już sam fakt znajomości języka, który dla innych stanowi barierę nie do pokonania, powinien blogera skłonić do niesienia kaganka oświaty wszędzie tam, gdzie ktoś się będzie tego domagał. Przetłumacz mi to. Jak to będzie po hiszpańsku? Potrzebuję wypracowania na ten i tamten temat. Popraw mi tę rozprawkę. W jakimkolwiek zawodzie pracujesz, czymkolwiek się zajmujesz, chyba nie czułbyś się komfortowo, gdyby zupełnie obcy i przypadkowi ludzie zaczęli Cię nagle wypytywać i dopraszać się o darmowe konsultacje. Najlepiej tę sytuację znają lekarze, którzy, gdy tylko ujawnią się publicznie – w autobusie, w samolocie, w kolejce po ser – ze swoją profesją, zaraz ktoś podsunie im pod nos podejrzaną kurzajkę na ręce, a ktoś inny zacznie biadolić o bólu krzyża. To nie jest normalne. Jest czas i miejsce na wszystko, a jeśli potrzebujesz profesjonalnej porady, udaj się do specjalisty, pokaż specjaliście od języka, że jego wiedza lub umiejętności to jest coś, co potrafisz docenić.

4. Pytaj, ale nie traktuj blogera jak Google Translator (i pamiętaj, że GT istnieje)

Jest dla mnie niezrozumiałe, że ktoś zwraca się do mnie z prośbą o przetłumaczenie całego tekstu, bez nawet próby zadania sobie trudu samodzielnego tłumaczenia. Tak, GT istnieje. Tak, są słowniki internetowe. Nie oznacza to absolutnie, że nigdy przenigdy blogera nie można o nic zapytać. Co jakiś czas dostaję ciekawe zapytania o słówka, wyrażenia lub jakieś trudne konstrukcje gramatyczne od osób, które ewidentnie zadały sobie wcześniej trud, żeby jakoś na własną rękę poszukać odpowiedzi. A kiedy dostępna w książkach wiedza zawiodła, zwróciły się do mnie z konkretnym problemem, który w miarę możliwości starałam się pomóc rozwiązać. Przykład w cytowanej poniżej wiadomości:

Chciałabym się zapytać, jak powiedzieć po hiszpańsku „wydało się” w takim kontekście, że ktoś coś do mnie napisał i ja żartem, trochę z ironią, odpowiadam, że wydał się jakiś mój sekret, jakaś moja cecha

TO jest coś, o czym możemy podyskutować, autentyczna rozterka językowa osoby, która zna już podstawy, ma słownik, ale wie, że w słowniku nie znajdzie wyrażenia odpowiedniego do tak specyficznej sytuacji.

A co jeśli rzeczywiście potrzebujesz tłumaczenia całego tekstu? Zapytaj o cennik.

5. Poprawiaj, jeśli masz pewność

Bloger nie jest świętą krową i można, a nawet należy zwracać mu uwagę na zauważone w tekście błędy, na przykład zjedzone literki, brak akcentów, niepoprawne tłumaczenia. Koniecznie! Osobiście bardzo sobie cenię tego typu komentarze, bo tylko upewniają mnie, że ktoś z uwagą czyta to, co piszę, i że w razie problemów będę mogła liczyć na to, że ewentualny błąd ktoś mi pokaże, zanim zostanie utrwalony w sieci. Bardzo istotne jest tylko to, żeby przed wskazaniem blogerowi błędu, upewnić się, że on rzeczywiście tam jest. Większość tekstów przechodzi solidną korektę przed publikacją, zwłaszcza pod względem poprawności w zapisie i tłumaczeniu obcojęzycznych wyrazów. Dlatego mocno wierzę, że błędy u blogerów językowych pojawiają się bardzo rzadko, a nie powinny się pojawiać w ogóle.

Czy sam zastanawiałeś się kiedyś kim jest bloger językowy? Kim są Ci wszyscy fantastyczni ludzie zrzeszeni wokół bloga Kulturowo-Językowi, piszący dla Ciebie teksty, pomagający w nauce, dostarczający motywacji do zgłębiania tajników języka? A może zupełnie nie mam racji i zbyt ostro odnoszę się do osób, które proszą mnie o tłumaczenia i inne przysługi językowe – czy one powinny płynąć z czystej dobroci serca, której mi brakuje?

  • Ej, znasz hiszpański, jak będzie „świetny wpis, będę u siebie linkować”? 🙂

    • Też będę linkować, jak napisać po hiszpańsku, że „polecam”? 😛

    • Widzę, że zarówno Natalia jak i Ula już niejeden taki mail odebrały 🙂

      • ahah, jeszcze tylko od frajera mnie nikt nie wyzwał :p na tłumaczenia staram się odpisywać, szczególnie jeśli chodzi o krótkie zdania. Czasem na dłuższe nawet chciałabym odpisać, ale potem zapominam- to znaczy, że to już było ponad moje „siły” (czyt. nie miałam czasu)- szczególnie jeśli chodzi o coś dłuższego (serio, poezja?). Noszę się z myślą, żeby przygotować cennik i w takich wypadkach go podsyłać. Zgadzam się, że niektóre pytania są ciekawe i zależy mi wtedy, żeby rozwiać takie wątpliwości- są one też czasem dobrym materiałem na wpis na bloga. Ale chyba nic tak nie uwiera jak brak komentarzy, na szczęście nadrabia to zaangażowanie na fb, grupa i odpowiedzi na newslettera.

  • Ten wpis powinno się oprawić w złote ramki i dołączać w prezencie do niektórych odpowiedzi czytelników lub maili z ofertami współpracy 🙂

  • Ten wpis powinno się oprawić w złote ramki i dołączać w prezencie do niektórych odpowiedzi czytelników lub maili z ofertami współpracy :):)

    • Maile z ofertami „współpracy” to jeszcze inna bajka… ileż to się musi człowiek nacierpieć odsyłając z kwitkiem kolejne wydawnictwo, które daje książkę za recenzję (bo ja w rzeczywistości przecież uwielbiam książki!! tylko w portfelu się nie mieszczą a na kasie w biedronce też ich nie chcą przyjmować!) 😉

      • ojej dokładnie! też Cię korci, żeby zapytać Panią od marketingu, czy też płacą jej w książkasz branżowych? 🙂 w końcu wiedza jest bezcenna :p

  • Oj taak! Zgadzam się 😀 U mnie jeszcze się zdarzają prośby o darmową naukę języka bo tak, bo przecież lubię uczyć to co mi szkodzi godzinkę czy dwie za darmo machnąć 😀

    • No to ba! Udzielanie lekcji powinno być dla Ciebie tak wielką przyjemnością, że nie powinnaś za to chcieć żadnego wynagrodzenia 🙂

    • Też mi się to zdarza dość często, nawet częściej niż prośba o tłumaczenie… Po prostu grzecznie odmawiam, ale niesmak pozostaje…

  • italia-nel-cuore

    Przefantastyczny wpis…sama prawda…swoją drogą, jak po hiszpańsku będzie „przefantastyczny”? 😉 (żartowałem)

  • Szulej

    Oby tylko nie zniechęciło Cię do dalszego tworzenia. Internet byłby uboższy bez HNL. Jestem czytelnikiem już od pełnego roku (tak, tak – pamiętam sierpień zeszłego roku i duży uśmiech jaki znalazł się na mojej twarzy po odnalezieniu tego miejsca – pierwszy przeczytany wpis? A falta de pan buenas son tortas…) i wydaję mi się, że nie przegapiłem ani jednego wpisu. Co więcej, otrzymałem nawet od Ciebie bardzo wartościową poradę językową via e-mail 🙂 Za co serdecznie dziękuję!

    Także pełne poparcie!
    Pozdrawiam
    Szulej

    • Dziękuję Ci za pokrzepiający komentarz! Absolutnie nie dam się zniechęcić do blogowania, chyba, że masowo zaczną napływać maile „przynudzasz, daj sobie już spokój” 😉

    • Dominika

      U mnie podobna historia, chociaż zaglądam tutaj troszkę dłużej niż rok (a może i dłużej? Sama już nie pamiętam…). A falta de pan, buenas son tortas to też jeden z moich pierwszych przeczytanych wpisów! Co więcej, mogłam pochwalić się znajomością tego i innych zwrotów zaczerpniętych z HNL przed nauczycielami hiszpańskiego 🙂 Ich miny – bezcenne! I ten wzrok „ale gdzie ty się tego nauczyłaś?” 😀

  • U mnie było „jak piszesz o słówkach to może powinnaś dodać do nich małe pliki dźwiękowe z wymową”.. A potem bym chyba wylądowała w Fakcie po tytułem „Nie śpię, bo robię małe pliki dźwiękowe”. 😀 świetny artykuł!

  • Dagatlumaczy.pl

    Świetny tekst! 🙂 Ja mam takie spostrzeżenia:

    – do mnie na szczęście ludzie nie piszą o darmowe tłumaczenia – mam zakładkę „tłumaczenia i współpraca” i to jakoś działa i od razu dostaję zapytania o wycenę
    – bardzo intrygują mnie zapytania od wydawnictw, które za darmochę chcą się u mnie reklamować (to już uważam za brak szacunku i traktowanie nas jak „blogerek modowych”)

    – też narzekam na brak komentarzy, ale szczególnie mnie ujmują uwagi, że coś trzeba w tekście poprawić (pisane fajnie, kulturalnie) – we wszystkim co robię, staram się mieć podejście, że człowiek całe życie się uczy, więc i pisanie bloga to forma nauki – dla mnie i czytelników.

    • Kwestię wydawnictw znamy wszyscy, nie wiem czy jest jakieś wyjście z tej sytuacji? Czy to nie dziwne, że firmy modowe mogą poświęcić X funduszy na promocję a wielkie wydawnictwa takich funduszy nie mają?

      Zakładka „tłumaczenia” to dobry pomysł, widać wtedy, że jest to usługa, którą możesz wykonać, ale nie za darmo. Tylko jeśli ktoś uderza po tłumaczenie od razu przez wiadomość na facebooku to nawet nie zajrzy na blog i nie zobaczy, czym się zajmujesz 🙂

  • Świetny, genialny wpis. Nic dodać, nic ująć. Nie jestem bardzo obcykana w blogosferze, ale myślę, że większość tych porad można zastosować również do blogów z innych dziedzin. Sama dopiero prowadząc bloga zrozumiałam ile tak naprawdę oznacza nawet jedno proste „Dziękuję” w komentarzu i teraz sama zawsze staram się podziękować, skomentować lub zlajkować to, co w jakiś sposób pomogło mi w życiu.

    • Mam wrażenie, że ta „tradycyjna” część blogosfery, która promuje osobę a dopiero później treści działa trochę inaczej. Językowo-kulturowi piszą jednak o czymś a siebie często usuwają w cień, może dlatego trudniej nam nawiązywać kontakt z czytelnikami.

  • Maciek Gorywoda

    Też bym chciał, żeby u mnie na blogu pod wpisami powstawały jakieś dyskusje 😀

    • Tak jak każdy 🙂 Z czasem na pewno dyskusje się pojawią, choć pod wpisami typowo językowymi (słownictwo, etymologia, gramatyka) zawsze trudno jest zebrać większą ilość komentarzy.

      • Maciek Gorywoda

        Oj, nooo… Myślisz, że mało kto chce rozmawiać o pochodzeniu zmian we francuskiej fonetyce, albo o celtyckich naleciałościach w słownictwie dotyczącym pracy na roli? 😉

        • Maćku, nie miałam na myśli konkretnie jakichś Twoich tekstów, po prostu tak jest – teksty typowo językowe z reguły (u wszystkich) nie przyciągają komentarzy.

          • Maciek Gorywoda

            Tak, oczywiście. Wiem, że tak jest. Ten mój tekst wyżej miał być ironiczny 🙂

            Swojego bloga prowadzę od grudnia. Trochę już „okrzepł”, jest już na nim dość dużo materiału (choć w porównaniu z np. Twoją działalnością to wciąż nic takiego) i tak się zastanawiam, że skoro już mam się czym pochwalić, to może warto by było nawiązać lepszy kontakt z innymi blogerami i ludźmi zainteresowanymi nauką języków. Z drugiej strony oznacza to, że musiałbym poświęcać więcej czasu na taką działalność, a to z kolei musiałoby być kosztem moich innych zainteresowań, albo kosztem mniejszej ilości nowych notek. No ale lubię dyskutować z ludźmi, więc może uda mi się to jakoś połączyć ze sobą.

          • Jasne, że warto nawiązywać kontakty i dać się poznać innym. Myślę, że już poczyniłeś wielki krok ku lepszemu przyłączając się do naszej grupy. Przekonasz się, że nasze akcje dają wielkiego kopa do pisania i zaręczam Ci, że pomagają poszerzyć publiczność każdego bloga. Więc udzielaj się ile możesz 🙂

  • Świetny tekst, święta prawda 🙂

  • Anna Cudowska

    Doskonały tekst! Aż przyjemnie poczytać, no i jakież to prawdziwe… niby wiem, że ludzie bywają aroganccy, a czasem po prostu bezmyślni, ale jednak wciąż człowieka takie sytuacje rozbawiają (choć jest to rozbawienie refleksyjne). Ja tu co prawda gościnnie, bo italofilką jestem, z polecenia Natalii z WłoskieLove tutaj się znalazłam, ale nie żałuję, bo ten artykuł warto przeczytać!

    • Oby ten tekst i Twój apel dotarły do jak najszerszej publiczności 🙂 A od Hiszpanii do Włoch jest tylko rzut beretem! Miło, że wpadłaś

      • Anna Cudowska

        Dzięki. 🙂
        I masz rację, mamy do siebie niedaleko, a ja Hiszpanię też odwiedziłam i bardzo miło wspominam, tak jak zawsze miło mi obcować z hiszpańskim językiem. I nawet coś tam się rozumie, tylko na razie czasu nie ma, żeby się zająć na poważnie… ale jeśli kiedyś wezmę się porządnie za trzeci język to na pewno będzie to hiszpański. A i o Twoim blogu będę pamiętać! 😉

  • Nie pamiętam dokładnie kiedy (ale niezbyt dawno) ani jak dokładnie trafiłam na Twojego bloga. Ale od razu znalazł się na liście moich ulubionych 🙂
    Moim „pierwszym” językiem jest francuski. Piszę „pierwszym”, bo od piątej klasy podstawówki wiedziałam, że chcę studiować język francuski. I tak zostałam filologiem romańskim, okoliczności sprawiły jednak, że obecnie na co dzień posługuję się hiszpańskim. I nie jest mi z tym źle 😉 A Twój blog pomaga mi poznać wyrażenia i zwroty, z którymi do tej pory się nie spotkałam. Albo znaleźć wyjaśnienie już gdzieś zasłyszanych, ale nie do końca przeze mnie rozumianych. Ba! Nawet kilka razy udało mi się zaskoczyć Męża zwrotami znalezionymi u Ciebie 😉
    Na koniec dodam, że to, co mi się bardzo na Twoim blogu podoba (oprócz zagadnień językowych i wszelakich ciekawostek) i co bardzo cenię jest to, że dbasz o poprawne pisanie po polsku. Nie chcę wyjść na dziwną osobę, ale nie sprawia mi przyjemności (a czasami wręcz boli) czytanie tekstów, w których roi się od błędów gramatycznych czy ortograficznych. U Ciebie jest po prostu idealnie 🙂
    Czekam niecierpliwie na każdy nowy post, i chociaż nie zawsze pojawi się mój komentarz, to jestem i czytam 😉
    Pozdrawiam, Basia.

    • Adriana Oniszk

      @ Barbara Koter Aumaitre

      To całkowicie normalne – i ani trochę dziwne, choć faktycznie coraz mniej popularne – że zwracasz uwagę na dbałość językową. Mnie osobiście naprawdę boli, że autorzy blogów językowych masowo „zapominają”, jak poprawnie posługiwać się językiem polskim. W tej kwestii zresztą nie tylko w blogosferze od dłuższego czasu panuje straszna bylejakość.

      I oczywiście zgadzam się, że Hiszpański na luzie czyta się z prawdziwą przyjemnością. To jeden z kilku powodów, dla których często tu zaglądam.

      • Ale tutaj zostaję 🙂
        Zgadzam się, że wiele osób „zapomina” jak powinno się poprawnie używać języka. A do tego niektóre posty wydają się być pisane „na kolanie”. I właśnie dlatego przestałam zaglądać na niektóre blogi.
        Ale tutaj zostaję 🙂

      • Masz na myśli blogi w ogóle, prawda? Nie tylko te językowe? Niestety też zauważam, że nawet w prasie internetowej nie dba się jakoś szczególnie o to, żeby chociaż postawić wszystkie potrzebne polskie znaki.

        • Adriana Oniszk

          Oczywiście: nie tylko blogi i nie tylko językowe.
          Ale w przypadku blogów językowych boli szczególnie.

    • Basiu, dziękuję Ci za tę historię i zwłaszcza za słowa o języku polskim – bardzo staram się dbać o tę stronę bloga, jest to dla mnie obecnie jedyne miejsce, w którym regularnie piszę po polsku i służy mi właśnie do tego, żeby tej polszczyzny sobie nie zapomnieć.

      Ja też zaczynałam od nauki francuskiego, niestety, mimo że uczyłam się 4 lata w liceum i 2 na studiach, praktycznie nie potrafię się porozumiewać w tym języku. Ale w głowie coś na pewno zostało i teraz jest mi łatwiej np. uczyć się katalońskiego.

      Pozdrawiam!

  • Brawo brawo brawo! Szkoda, że w ogóle musiało dojść do powstania takiego wpisu (bo to świadczy o tym, jak ludzie traktują blogerów językowych, tłumaczy, itp), ale popieram w 100%! Na dodatek nie wiem kim trzeba być, żeby odpisać to o frajerze na odpowiedź, którą napisałaś… Szczęka mi opadła, serio.

    • Myślę, że wiele wiele osób miałoby podstawy do napisania takiego wpisu, może powstaną następne? Ciebie nikt nie nagabuje, żebyś mu znalazła pracę w Madrycie?

      • Mnie nagabują o tłumaczenia, ale właśnie w stylu „ej, masz chwilę, to napisz jak to będzie po hiszpańsku” – tekst 3 strony… Pracy w Madrycie (i w całym kraju) szukam i tak ludziom, tym, co się zapisali na moje powiadomienia o ofertach pracy w Hiszpanii 🙂

  • Bardzo dobry wpis, który na dodatek możesz podsyłac w odpowiedzi razem z cennikiem 😉 Mi się nagminnie zdarzają prośby o pomoc w organizacji podróży, jak dojechać z tej wsi do tej wsi, a czym, za ile, i o której godzinie. Zdarza mi się też, podobnie jak u Ciebie, wychwycić te wiadomości, których autor zadał sobie choć cień trudu, by coś od siebie przygotować albo i bloga zna, czyta i chce podyskutować – sama przyjemność odpisywać 🙂
    Są też takie maile, o których zapominam szybciej, niż przypadkowy „pytacz” i nie mam z tego powodu żadnych wyrzutów. Sto razy bardziej wolę w tym czasie napisać sensowny tekst, który pomoże większej liczbie ludzi, których na dodatek interesuje to, co piszę 😉

  • Magda Porowska

    Dobra, masz mnie! Uważam, że Twój blog to jeden z najlepszych blogów językowych – wpisy konkretne ale nie takie „techniczne”, piszesz z lekkością, uwielbiam Twoje poczucie humoru. Widać, że wkładasz w to dużo serca i pracy, dbasz o szczegóły. A mi wciąż brakuje odwagi/chęci żeby skomentować. Obiecuję poprawę! 🙂

  • Rafaello G.

    Niestety dużo ludzi idzie na łatwiznę, ja kiedyś straciłem całą niedziele żeby przygotować odwołanie po espanolsku od nałożonej kary przez mojego pracodawcę. I udało się, a co lepsze pociągnęło to lawinę zmian w tej pracy 😀 Ja bardzo cenie Twojego bloga i hiszpaniaconsulting, dwa różne, jedyne które mówią prawdę o Hiszpanii. Jak dla mnie te dwa blogi powinny być jakoś specjalnie traktowane, wyróżnione, a nawet dotowane przez Konsulat w Hiszpanii. Oby tak dalej mucha suerte, miało być co innego, ale to nie na miejscu (kiedyś o tym pisałaś). Saludos!

    • Jeśli tak dobrze Ci idzie załatwianie spraw to może załatwisz tę dotację? 😉

      • Rafaello G.

        Niestety jeżeli chodzi o dotacje to tutaj już nie jest tak bonito, chyba nie jestem dobrą osobą w tym temacie 😀 Mi na początku roku pewna katalonska instytucja przyznała dotacje, by na kilka dni przed wypłatą ja wstrzymać i ostatecznie nie zobaczyłem nawet centa. Ale tutaj pojawiła się kolejna sprawa, odkryłem jak to wszystko działa w tym socjalistycznym regionie Hiszpanii 😀 Chyba się szykuje następne pismo, które może przyniesie kolejne zmiany 😀
        Jak wygram w euromiliona przekaże pewną sumę żeby hiszpański na luzie był na totalnym luzie 😉 Saludos

  • Joanna Sztandera

    Bardzo spodobał mi się ten wpis i doskonale rozumiem o co chodzi. Znam dosyć dobrze język hiszpański i mimo, że sama nie prowadzę bloga językowego, to wielu znajomych prosi mnie o tłumaczenie czy poradę językową. Wszystko fajnie, bardzo chętnie pomogę, wytłumaczę, ale oczywiście ma to swoje granice.
    Jednak nie na to chciałabym zwrócić uwagę. Czytam bloga już od jakiegoś czasu, niestety najczęściej w biegu, gdzieś w autobusie na telefonie, jednak nigdy wcześniej nie zostawiłam po sobie „śladu”. Z prostej przyczyny, nie miałam pojęcia jak duże znaczenie mają dla autora komentarze czytelników. Jest to jeden z moich ulubionych blogów językowych, teksty są ciekawe, niektóre nieco intrygujące (zwłaszcza te dotyczące falsos amigos), czyta się łatwo i przyjemnie. Obiecuję, że od teraz postaram się częściej komentować.
    Pozdrawiam serdecznie 🙂

    • Joanno, oczywiście, że znajomym się pomaga, tak z zasady, przynajmniej do momentu, aż nie próbują wejść nam na głowę 😉 Dziękuję Ci bardzo za ten pierwszy komentarz i ślad Twojej obecności, to rzeczywiście ważne wiedzieć, że i po drugiej stronie ekranu ktoś jest, czyta, spędza z tymi tekstami czas w autobusie… i do czegoś się mu przydają 🙂 Pozdrowienia!

  • Z perspektywy bycia mężem uczącej języka żony (a i znającego odrobinę języki) to widzę, że spora część społeczeństwa uważa, że znajomość obcego języka osoby, która się go uczyła, jest pełna i automatyczna, równa tubylcom. A z tego wynika wprost, że każda odmowa darmowego i natychmiastowego tłumaczenia (w obie strony) listów, kartek, zamówień, rezerwacji jest niegodziwością i afrontem. Bo to przecież takie proste opisać losy siostry Babci wujka Hieronima, co to gotowała tę regionalną śląską potrawę przez dwie bite strony rękopisu 🙂
    Dobry tekst bo bardzo, bardzo prawdziwy… 🙂

    • Dziękuję za komentarz! Masz rację, że podejście wielu osób jest zbyt roszczeniowe, nie zdają sobie też sprawy, że człowiek potrzebuje czasu, namysłu, przeczytania tekstu ze zrozumieniem, pogrzebania w szufladkach mózgu w poszukiwaniu odpowiednich wyrazów i zwrotów… tak na poczekaniu niewiele można zdziałać.

  • Bibi

    Ja też czytam Twoje teksty dopracowane pieczołowicie i bardzo to doceniam:) Dziękuję!

  • Bardzo interesujący wpis 😀 niestety blogerzy językowi muszą stawiać czoła i takim „niemiłym” odbiorcom 😀 to dobrze że poruszyłas ten temat, wszędzie obowiązuje kultura, także i w blogosferze ale niektórzy jak widać o tym zapominają :-S pozostaje zatem grzecznie uświadamiać innych i przypominać, że bloger też człowiek 😀 pozdrawiam 😉