Mój język polski – Międzynarodowy Dzień Języka Ojczystego

Dzisiaj, 21 lutego, obchodzony jest międzynarodowy Dzień Języka Ojczystego. Dotarły do mnie różne materiały na temat nauki języka polskiego wśród dzieci emigrantów i to skłoniło mnie do refleksji nad moim językiem polskim. Był taki moment, może pół roku po przeprowadzce do Hiszpanii, że nagle zaczęło mi brakować słów w czasie rozmów z rodziną przez telefon. Przeraziło mnie to, bo zawsze byłam dumna z mojej elokwencji, przez kilka lat marzyła mi się nawet kariera pisarska. Jednak w tamtym czasie, moja „powieść życia” wciąż pozostawała tylko niewyraźnym marzeniem, a ja z przerażeniem zaczynałam czuć, że zaczyna mi „brakować języka w gębie”, że wtrącam w zdaniach jakieś „pero”, „bueno”, że zaczynam przytakiwać jakimś obcym „vale”! Bardzo mnie to zmartwiło, nie godziłam się na utratę jednej z najważniejszych rzeczy, jakie mam: mojego pięknego języka polskiego. I co zrobiłam? Chyba domyślacie się już przynajmniej części odpowiedzi.

Założyłam blog po polsku

To właśnie w tamtych okolicznościach zaczęłam pisać na blogu. Wiele razy wydawało mi się, że może łatwiej byłoby mi pisać o tych językowych zawiłościach po hiszpańsku, przecież to właśnie w tym języku uczyłam się o języku i jego gramatyce. Specjalistyczne pojęcia często trudno jest przełożyć na język polski, bo należą one do tego polskiego, którego nie nauczyłam się w młodości (wcześniejszej młodości! ;). Studia filologiczne odbywają się w większości po hiszpańsku, to co wiem o języku po polsku pochodzi więc jeszcze z czasów podstawówki i liceum. Wszelkie nowe pojęcia musiałam więc sobie przyswajać na własną rękę, a to wbrew pozorom nie jest takie łatwe gdy ma się na podorędziu jedynie jakieś przykłady języka pisanego – na pewno byłoby inaczej, gdybym miała dodatkowe wykształcenie lingwistyczne po polsku, ale to może na innym etapie mojego życia.

Mimo wszystko, zaczęłam pisać na blogu po polsku i z czasem opanowała mnie obsesja na punkcie poprawności językowej. Nierzadko zaglądam do Poradni językowej PWN, do słownika i do słowników synonimów. Kupiłam sobie specjalnie poradnik „Gdzie postawić przecinek?” w momencie, gdy zorientowałam się, że nie pamiętam już dokładnie jak to jest z tymi przecinkami po polsku. Wiem doskonale kiedy ta moja przecinkowa amnezja się zaczęła: musiałam się solidnie przygotować do prowadzenia zajęć z hiszpańskiej interpunkcji i tak dobrze sobie przyswoiłam zasady przestankowania w tym języku, że zaczęłam się gubić w przestankowaniu polskim!

Czytam dobrą polską prozę

Czytam dużo polskich magazynów w internecie i oczywiście sporo blogów. To jednak nie wydaje mi się wystarczające. Zasób słownictwa używanego przez reporterów i na wielu blogach jest zbyt ubogi, taki mało kolorowy, mało wyszukany. Dlatego zawsze gdy jestem w Polsce staram się kupić jakąś dobrą polską książkę. Przykłady prozy, z którą niemożnością jest zapomnieć o plastyczności języka polskiego są dla mnie na przykład książki Joanny Bator albo Wojciecha Kuczoka. Na podorędziu mam także Gombrowicza, myślę, że przy następnej okazji przywiozę sobie z domu jakiegoś klasyka, może Sienkiewicza? Zaopatrzyłam się również w kilka książek naukowych  z zakresu pragmatyki i grzeczności językowej po polsku. Mimo wszystko, nie powiedziałabym, że większa część moich lektur jest w języku polskim. Swobodnie (bez słownika i do poduszki) czytam po hiszpańsku i po angielsku, bardzo lubię literaturę północno-amerykańską i nie wyobrażam sobie czytania jej w przekładzie.

Mówienie i słuchanie

Wprawdzie na odległość, ale rozmawiam po polsku z rodziną  prawie codziennie, słucham polskich podcastów (na przykład podcasty Michała z Jak oszczędzać pieniądze?, bardziej ze względu na ogromną porcję motywacji i dobrej energii niż na samo oszczędzanie), audycji radiowej Trójki. DDTVN też często gości na moim laptopie. Miewam też okazję do rozmów po polsku ze znajomymi Polakami tutaj, w Walencji.

Pomieszkał chwilę za granicą i już nie umie mówić…?

Polacy są narodem chętnie wytykającym błędy innych, również te językowe. Niejednokrotnie spotkałam się z przejawami hejtu skierowanego w stronę mieszkających za granicą rodaków, którym zdarzy się jakiś językowy lapsus. Na szczęście, nie spotkałam się z tym nigdy osobiście, ale wiem, że nawet cień obcego akcentu w polskim, wszelkie błędy ortograficzne u osoby, która ma w swoim CV pobyt za granicą, są do wytknięcia. Mam mieszane uczucia (i nie wytykałabym!). Gdy na codzień porozumiewasz się głównie w innym języku, to z czasem pewne potknięcia w języku ojczystym zaczną się pojawiać, to naturalne i do wybaczenia. Czy to, że ktoś mieszka w Londynie i nie zna polskiej ortografii znaczy, że się zaprzedał wyspiarzom? A może po prostu nigdy nie znał polskiej ortografii, nie znacie takich? Bardzo ostrożnie podchodziłabym do oceniania języka Polaków przebywających za granicą, nie wiemy jaka jest ich historia. Jedyna rzecz, która dla mnie jest nielogiczna i nie ma usprawiedliwienia to fakt, że w internecie wielu komentatorów pisze bez polskich znaków, usprawiedliwiając się „zagraniczną klawiaturą”. Ustawienie sobie na komputerze dwóch słowników nie zajmuje nawet pięciu minut!

Ulubiony język?

Czasem zdarza mi się usłyszeć pytania „jaki jest twój ulubiony język?” albo „wolisz polski czy hiszpański?”. Nie rozumiem tych pytań, są zupełnie nie na miejscu! Jeśli nawet miałabym zrobić jakiś ranking moich ulubionych języków, to polski znalazłby się poza nim, na szczególnym miejscu przysługującym językowi ojczystemu, które po prostu nie może konkurować z innymi! Wiem, że nie jestem idealna i na pewno popełniam mnóstwo typowych błędów, które wyśmiewane są na fanpejdżach językowych purystów. Ale wiem też, że to moje błędy niejako wrodzone, błędy, które popełniają również moi znajomi i każdy normalny użytkownik języka, a nie wynikające z zaniedbania języka dlatego, że całą uwagę poświęciłam hiszpańskiemu. I postaram się, żeby jeszcze bardzo długo tak właśnie było! Nawet nie wiecie, jak się cieszę, że mnie czytacie, to jeszcze bardziej motywuje do ciągłej pracy nad językiem. Wiem, że obserwują mnie setki oczu…