Zostawiłam pracę w korpo z miłości do językoznawstwa

Od września do końca grudnia 2015 roku przebywałam na stypendium najpierw w Helsinkach, później w Kopenhadze. Ten tekst powstał właśnie pod wpływem tego wyjazdu i nordyckich klimatów, w których od razu się zakochałam. Dla odmiany, zamiast szumu Morza Śródziemnego, być może usłyszysz tu bałtyckie szeptanie…

Zapraszam Cię do przeczytania dwóch historii, których bohaterki z miłości do języka wyskoczyły z rozpędzonego pociągu kariery, pieniędzy i awansów. Historii, które przywiozłam ze sobą z Północy niczym najcenniejsze pamiątki.

Kopenhaga

Kopenhaga, Nyhavn. Zdj. Hiszpański na luzie

Historia pierwsza. Dania

M. poznaję już pierwszego dnia, przedstawia mi ją profesor, dzięki któremu tu jestem. Chwilę później w trakcie obiadu, profesor ze śmiertelnie poważną miną pyta mnie czy zauważyłam, że M. jest jakby „za stara” na studia podyplomowe. To dlatego, że wróciła na uczelnię po latach pracy w korpo, spieszy z wyjaśnieniami. Jest świetna w tym co robi, dodaje. M. rzeczywiście jest starsza niż reszta studentów, a nawet doktorantów, których tutaj poznaję. Kiedy mamy okazję dłużej porozmawiać, bez żadnego skrępowania odpowiada mi co się jej przydarzyło.

To jest właśnie ten moment. To teraz musisz zadecydować, gdzie chcesz być za pięć lat

Takie słowa z ust przełożonej usłyszała M. gdy wahała się przed podjęciem nowego zadania postawionego przed nią w korpo, związanego z awansem, podwyżką i nowymi, emocjonującymi projektami. Przez najbliższe miesiące, może lata, miała zajmować się już nie wyszukiwaniem nowych talentów i szlifowaniem matowych diamentów w dziale HR, ale wypatrywaniem tych, których szlifować się już nie dało, którzy nie rokowali dobrze na przyszłość, których po prostu nie warto było dłużej trzymać w firmie. Tamtego dnia, przełożona M. zostawiła ją samą z decyzją, czy chce awansować. Myślała, że odpowiedź była oczywista, jednak wyuczone przez lata taktyki postępowania z personelem podpowiedziały jej, by dała M. pięć minut samotności na przemyślenie jej wizji na kolejnych 5 lat.

Nie spodziewała się tego, co nastąpiło później.

Bo oto po pięciu minutach refleksji M. odrzuciła możliwość awansu, rzuciła bardzo dobrze płatną pracę w korpo, wyprowadziła się ze swojego pięknego mieszkania w Londynie i wróciła do domu rodzinnego, na uniwersytet. Wróciła na studia językoznawcze, mimo że musiała je zacząć od nowa – nie ukończyła magisterium za pierwszym podejściem, ponad dziesięć lat temu, kiedy to na horyzoncie pojawiła się posada w IT, do której dyplom był nie potrzebny. Zabrała się do nauki od początku, wraz z grupą studentów młodszych od niej o 10 lat, pełnych energii, choć nie zawsze przekonanych co do własnego lingwistycznego powołania. M. musiała też budować swoje życie osobiste i swoją karierę od nowa w kraju, który jakiś czas temu opuściła. Musiała też zwolnić, zapomnieć o gonitwie szczurów, o sztywnych deadlineach, budżetach, meetingach, wspinaczce po drabinie kariery. Cytując M., gdy po raz drugi rozpoczynała studia, znalazła się jakby nad przepaścią. Ale nie bała się, bo znała odpowiedź na pytanie swojej dawnej przełożonej i bez wahania potrafiła ją powtórzyć również mnie:

Za pięć lat chcę być językoznawcą. Chcę studiować, czytać, pisać, chcę kreatywnie się rozwijać i badać język, który zawsze był moją pasją

M. była jedną z najszczęśliwszych, najbardziej pewnych siebie i swoich decyzji osób, jakie udało mi się spotkać.

Suomenlinna

Suomenlinna, Finlandia. Zdj. Hiszpański na luzie

Historia druga. Finlandia

S. poznaję na zajęciach ze statystyki, w których uczestniczę w każdy piątek. Obie jesteśmy jakby outsiderami w grupie, ja, bo przychodzę z zupełnie innej specjalizacji i jestem tu tylko na dwa miesiące, ona, bo to czego podstaw się tutaj uczymy (statystyka), było kiedyś jej podstawowym przedmiotem studiów. S. ma więc umysł ścisły, przez ponad 8 lat pracowała w księgowości znanej międzynarodowej firmy. Ze stałą płacą, wspierającym mężem i rodziną, miała w zasadzie ułożone życie, biegnące dzień za dniem w rytm cyferek wbijanych do formularzy. Spokojne życie, stabilizacja, domek nad jednym z uroczych fińskich jeziorek.

Ale S. więdła. Z każdym miesięcznym rozliczeniem w pracy traciła zapał, kurczyła się. Nawet kiedy stawała na brzegu morza i patrzyła na wysepki lśniące na horyzoncie, nie potrafiła oddychać pełną piersią.

Nie zrozum jej źle, nie chodzi o to, że była niewdzięczna losowi, za to, że wszystko tak gładko się w jej życiu układało. To nie tak, że się znudziła tymi rozliczeniami, zebraniami, poranną kawą i plotkami w towarzystwie koleżanek z pracy. To nie nuda pchnęła ją do rzucenia wszystkiego i rozpoczęcia od nowa. To, co zatruwało jej życie to było całkiem inne uczucie, dojmujące wrażenie bezsensu we wszystkim co w swojej pracy robiła, dzień w dzień, tydzień po tygodniu. Co to za życie, jeśli ma się dopiero 34 lata? I tak, pewnego wiosennego dnia, S. zostawiła swoją pracę w księgowości. Zapisała się na studia językoznawcze, jeden z najbardziej wymagających kierunków na tym uniwersytecie. Na szczęście, S. znała angielski perfekcyjnie, więc egzamin wstępny zdała bez problemów. Jej ojciec był Szkotem, od małego więc uczyła się dwóch języków.

Śniła po fińsku o lasach przykrytych śnieżną pierzyną, ale jej najpiękniejsze wakacyjne wspomnienia miały szkocki akcent

To właśnie fascynacja kulturą i językiem kraju jej ojca pchnęła ją do tej radykalnej zmiany w życiu, o której mi opowiadała. Z podziwem słuchałam tej opowieści, którą szczodrze się ze mną podzieliła już przy naszym drugim spotkaniu. Była zachwycona studiami, wyzwaniami, jakie stawiali profesorowie, nawet wizją napisania ambitnej pracy dyplomowej. Jej entuzjazm był zaraźliwy i chyba nieuleczalny.

Wystarczy chcieć?

Czasem wydaje się, że hasła typu nie porzucaj swoich marzeń, bądź sobą, dąż do tego, czego pragniesz, są takie wyświechtane, nadużywane, niepasujące do rzeczywistości. Sama unikam publikacji, które w podtytule dodają sobie ambitnie „motywacyjna”. Nie lubię tego sztucznego coachowania, kibicowania, złotych myśli w postaci magnesu na lodówkę. Muszę jednak przyznać, że te dwie niezwykłe historie M. i S. były dla mnie taką prawdziwą motywacją, inspiracją, żywym przykładem, że można, choć nie wystarczy chcieć. Potrzeba jeszcze ogromu odwagi, samozaparcia i, przede wszystkim, pasji. To, że w obu przypadkach ta pasja skupiona była na językoznawstwie sprawia, że aż dreszczyk emocji przechodzi mi po plecach.