O Finach, dwóch Galicjach i śledziu

Dwa miesiące spędzone na dalekiej północy (choć na południu Finlandii) były dla mnie czasem znacznego rozluźnienia jeśli chodzi o zasady zachowania w towarzystwie. Absurdalnie, rozluźnienie to wynikało z obcowania z kulturą znacznie bardziej chłodną i zdystansowaną niż ta, z którą przyszło mi żyć na co dzień (hiszpańska). Pod wieloma względami poczułam więc, że mogę dać upust przyzwyczajeniom wyniesionym z polskiego domu, w końcu od Polski oddziela mnie zaledwie niebieska plama Bałtyku na mapie. Wydawało mi się, że to nie wyglądem, lecz zachowaniem właśnie od razu wtopię się w fiński tłum jasnych blondynek. Zorientowałam się, jak wygodne są dla mnie tutejsze zasady komunikowania, przypominające mi te wyniesione z Polski. O tym, jak bardzo się mylę, przekonałam się dopiero kilka tygodni później, w ramach obchodów Tygodnia Śledzia Bałtyckiego.

Na dystans

Przyjęłam z pewną ulgą dystans obecny w każdej odbytej tutaj rozmowie. I nie chodzi mi wcale o dystans uczuciowy czy jakąś emocjonalną chłodność. Wręcz przeciwnie, fińskie koleżanki i fińscy koledzy zaskoczyli mnie bardzo pozytywnie swą otwartością i szczerością. Dystans widoczny jest natomiast w jak najbardziej fizycznym znaczeniu tego słowa. Po prostu, bliższy mi jest rozmiar przestrzeni osobistej respektowany w tej kulturze. Przestrzeń osobista to taki wyimaginowany krąg wokół każdej osoby, w której najlepiej czuje się sama albo z osobami bardzo bliskimi, z którymi łączy ją zażyłość, ale nigdy z obcymi. Tutaj można sobie patrzeć w oczy, ale nie zawsze trzeba, można stać w miarę blisko siebie w czasie rozmowy, ale zawsze jest to jednak dystans większy niż ten zachowywany wśród Hiszpanów. Nasłuchałam się anegdot związanych właśnie z tą przestrzenią osobistą. Dowiedziałam się na przykład, że wielu Finów woli przejść się schodami niż wejść do windy, w której jest więcej niż jedna osoba. Za blisko, za mało przestrzeni, duszno. Z podobnych pobudek, uwielbiają swoje malutkie, czerwone domki ukryte w gęstym lesie, albo stojące samotnie na wyspie, to właśnie tam mają pewność, że nikt nie obcy nie przyjdzie podeptać ich bardzo osobistej przestrzeni osobistej.
Również dzięki temu zdrowemu dystansowi, z listy moich towarzyskich „zmartwień” mogłam wykreślić krępujące dos besos, czyli hiszpańskie pocałunki na powitanie, pożegnanie i przy poznawaniu nowych osób. Te wieczne rozterki, kto ma całować, kogo mam całować, z kim można pozostać na bezpieczny dystans bezdotykowy (a pocałunek w policzek jest bardzo osobistym rodzajem dotyku!), wszystko to mogłam puścić w niepamięć i po prostu rozkoszować się podawaniem ręki, uściskiem dłoni, czasem po prostu uśmiechem.

12170661_10156196395400241_1639843645_n

Widok na Bałtyk z rezerwatu Uutela (Helsinki)

Bez owijania

Zachwyciłam się fińską umiejętnością szybkiego przechodzenia ze small talk do konkretnych tematów. Zaraz, zaraz, powiedziałam small talk? Może raczej tiny talk, przecież pogawędki o niczym i wszystkim ograniczone są tutaj do minimum. Moja nieanielska cierpliwość nie była narażona na wieczne tortury, bo jeśli spotkanie miało się rozpocząć o 10.00, to o 10.04 już przechodziliśmy do sedna sprawy, w naturalny sposób zajmując się tym, po co w rzeczywistości byliśmy umówieni. Dzięki temu, zebrania nawet w licznej grupie przebiegały sprawnie i czasowo. Nie ma mowy o dyskusjach toczących się przez dwie godziny, w których każdy bez ładu i składu zabiera głos, a i tak nie dochodzi się do żadnej konkretnej decyzji. Tutaj zebranie godzinne to już wieczność, w ciągu godziny rozwiązywane są wszystkie najpilniejsze kwestie, jest nawet czas na to, żeby w międzyczasie wypić kawę i zjeść ciasto, obowiązkowo z kardamonem. Kawa i ciasto nie są wcale przeszkodą do poważnych rozmów i załatwiania spraw, nie są też żadnym towarzyskim preludium przed przejściem do interesów, stanowią zaledwie smaczne tło do tego, co ważne.

Być sobą

Zorientowałam się bardzo szybko, że tu każdy jest sobą i może być sobą, ludzie nie zamykają się w kaftanach z modnych ubrań, wybierając raczej swoje ukochane dzwony sprzed siedmiu lat albo czyjś ukochany sweter sprzed lat dziesięciu, kupiony w okazyjnej cenie w jednym z licznych second-handów. Do takiego luksusu bycia swoim wygodną (niechlujną?) wersją można się bardzo szybko przyzwyczaić. Byle było wygodnie i ciepło, kto by się przejmował kolorystyką czy metką na ubraniu. A to, co się obserwuje na ulicach Helsinek to taka mieszanka zupełnego odrzucenia konsumpcyjnego i goniącego za modowymi nowinkami stylu życia, ekologii i bycia po prostu sobą, w zupełnym oderwaniu, a może i w pogardzie wobec kostiumu nakładego tylko z potrzeby, bo temperatury do tego zmuszają.

sledz

Pływający targ śledziowy w porcie Helsinek

Galicje są dwie

Żyłam więc te dwa miesiące w radosnym przeświadczeniu, że wyciągając moją polską naturę na zewnątrz, wpasowuję się idealnie w panujące tutaj konwenanse. Wtedy przyszedł ów nieszczęsny lunch z dwiema wybitnymi profesorkami. W menu były smażone śledzie, to od początku zwiastowało katastrofę. Rozmawiałyśmy o Finlandii, Hiszpanii i Polsce. W swoim długim doświadczeniu akademickim, obie panie miały możliwość odwiedzenia wielu krajów, znały Polskę, znały Hiszpanię, a teraz poznały i mnie. Pytały o to, co w Finlandii było dla mnie największym szokiem kulturowym, a ja nie potrafiłam odpowiedzieć, tak mocną wieź już czułam z tym krajem zdystansowanych wielbicieli mórz i lasów. A gdy przyszło im ocenić mój poziom integracji kulturowej, obie uznały, że gdyby nie imię, nie wzięłyby mnie za Polkę. Może raczej szukałyby mojego adresu gdzieś na mapie hiszpańskiej Galicji, tej bardziej nordyckiej części Hiszpanii, ale wciąż Hiszpanii, bo jest coś we mnie, jakaś wesołość, rozmowność, żywiołowość… Łatwo się domyślić, że nie są to cechy kojarzone z polskim usposobieniem.

Przełknęłam ostatni kęs śledzika i zaczęłam się zastanawiać, ile razy w trakcie mojego pobytu naruszyłam tutejsze obyczaje zbyt szerokim uśmiechem. I czy to właśnie ja jestem tym tajemniczym ogniwem łączącym polską Galicję z hiszpańską?

  • mon4

    Po prostu za długo grzejesz nogi w Hiszpanii i masz „naleciałości” 😀
    Może gdybyś wylądowała w Finlandii pędząc prosto z Polski (a nie przez Półwysep Iberyjski), pozostałabyś zupełnie incognito?

  • tak to widac po to dwie calkiem rozne kultury. Ale powiem szczerze ze ja jeszcze cos wiecej wyczytalam w tym wpisie. Mianowicie to ze Hiszpanie sa podobni do Irlandczykow 🙂

    • Zaintrygowałaś mnie! To znaczy, że Irlandczycy wcale nie są zdystansowani i „angielscy”?