Historia pewnego pożegnania

Był upalny sierpniowy wieczór, schyłek wakacji

Spotkaliśmy się w koleżeńskim gronie z uczuciem, że coś się kończy, a coś bardzo ważnego zacznie się już niedługo, dla niektórych we wrześniu, dla innych w październiku. Wiedzieliśmy, że dla wielu z nas to pożegnanie. Ja miałam wyjechać do Finlandii. M. i S. zaczynali swoje lektoraty w Niemczech. Dziewczyny liczyły, że z początkiem nowego roku akademickiego dostaną stypendia i zaczną studia  doktoranckie. Prawie wszyscy czekaliśmy na zmiany. Piliśmy zimne tinto de verano i wiedzieliśmy, że gdy w kieliszkach pokaże się puste dno, każdy pójdzie w swoją stronę. To nie było typowo hiszpańskie spotkanie, które przeciąga się godzinami, zaczyna się od podwieczorku, a kończy po kolacji. Wszyscy mieliśmy plany na później, pakowanie, załatwianie ostatnich spraw przed wyjazdem.

O 19 postanowiliśmy się rozejść. Dokładnie o 19.00 C. powiedziała to symboliczne me tengo que ir ya (muszę już iść). Uznaliśmy to za sygnał dla wszystkich, w gruncie rzeczy, wszyscy się gdzieś spieszyliśmy. Zapłaciliśmy więc rachunek i wstaliśmy od stolików. Każdy z osobna pożegnał się z C. Potem zaczęliśmy się żegnać między sobą. Szybko ustaliliśmy, że właściwie to pożegnanie nie musi być jeszcze definitywne, bo większość z nas udawała się w tym samym kierunku. Była 19.30 gdy C. nas opuściła, a reszta grupy leniwym krokiem opuściła placyk, na którym się zebraliśmy. Oddaliliśmy się nieco od centrum i znaleźliśmy się w kolejnym punkcie, w którym drogi większości z nas miały się rozejść. No to cześć, ja idę w lewo, ty w prawo, a ona jeszcze musi wstąpić do sklepu po coś na kolację. Wypada się więc pożegnać. Wcześniejsze emotywne pożegnanie z placyku po tinto de verano dawno poszło już w niepamięć. Znowu się wyściskaliśmy, znowu życzyliśmy sobie wszystkiego dobrego. Znowu ktoś zapytał o to, a przypomniał sobie, że warto wspomnieć jeszcze o tamtym. Ktoś inny skomentował tamto długim monologiem. Monolog wszyscy przyjęli entuzjastycznie, skomentowali, doprawili osobistymi anegdotkami.

No więc, pożegnaliśmy się. Była 20.30 gdy zostałam sama. Półtorej godziny minęło od momentu, w którym wszyscy zgodnie uznali, że czas się rozstać, i w którym powiedzieliśmy nasze pierwsze hasta luego. Półtorej godziny mówienia sobie do widzenia. Intensywne pożegnanie pełne dygresji i zaskakujących zwrotów akcji. Pożegnanie, które przemieniło się w drugie spotkanie w świecie równoległym, gdzieś na marginesie tego pierwszego, oficjalnego spotkania zakończonego pierwszym adiós wypowiedzianym o 19.00.

Hiszpanie potrafią się żegnać godzinami

Potrafią stać na zimnie, w deszczu, na gwarnym chodniku przed restauracją, w której właśnie, dopiero co, 45 minut temu, skończyli jeść kolację. Od pożegnania do rozstania i rozejścia się może upłynąć nieskończoność. Kierowcy, którzy w czasie spotkania pomoczyli usta w jakimś wytrawnym trunku będą już gotowi do prowadzenia pojazdu, zupełnie trzeźwi. Ci, którzy byli umówieni na kolejne spotkanie, na pewno przybędą spóźnieni. Będzie jeszcze czas na ponowne pójście do łazienki, obejrzenie zdjęć synka A. na telefonie, omówienie ostatniego wydania magazynu X., może nawet ktoś powtórnie zgłodnieje.

W grupie złożonej z Hiszpanów, w sytuacjach towarzyskich, pożegnanie ma charakter rytuału, z którego trudno się wyrwać. Wciąga i pożera, a zarazem wyzwala w człowieku ogromne pokłady asertywności. Osoba, która pierwsza wypowie czarodziejskie ja już naprawdę idę musi być silna wolą, konsekwentna w swoich decyzjach i czynach. Będą kusili, będą zagadywali, będą wciągali w trzecią odsłonę dyskusji o roli rodziny królewskiej we współczesnym świecie. Bo adiós i hasta luego to tylko słowa, czcze słowa bez mocy sprawczej, które mogą otworzyć cały nowy rozdział w spotkaniu i rozmowie, a nie muszą wcale niczego zamykać. Przekucie adiós i hasta luego w czyny to zadanie dla odważnych i wyzwanie dla wielu.

Czy zawsze potrafimy mu sprostać?