Gdzie oni wszyscy są w sierpniu? Irse al pueblo

Zastanawialiście się co się tak właściwie dzieje z tymi wszystkimi hiszpańskimi rodzinami gdy znikają na całe tygodnie, a czasem na pełne dwa wakacyjne miesiące? To, że hiszpańskie miasta są puste w lecie jest nawet tematem dla wieczornych wiadomości (naprawdę nie dzieje się na świecie nic ciekawszego?). Ujecię na największe rondo w Madrycie. Muzyka jak z westernu i oczami wyobraźni widzimy przewijający się środkiem pustej jezdni zwój jakichś suchych badyli. Ujęcie na prażące słońce. Potem w kadrze dwie roześmiane Japonki, którym podpowiedziano by wykrzyknęły „SOLAS EN LA CIUDAD!”. Nie bardzo świadome tego co się właśnie stało, od siebie dodają typowe gesty: dłonie złożone w serce, potem palce w V.

Czy ci wszyscy widmowi mieszkańcy miast leżakują właśnie na jakiejś karaibskiej plaży i objadają się lodami? A może zwiedzają Kraków i okolice? Ale żeby tak przez miesiąc, dwa?!

Otóż nie. Oni wcale nie są tak daleko. Po prostu pojechali do siebie, na wieś, „do miejscowości”. Wracają w lecie w rodzinne strony, pielgrzymkują do domu rodziców, dziadków, czasem wujków, którzy nie dali się omamić obietnicom lepszego życia w wielkim mieście i pozostali na prowincji. Czasem rodziny zachowują puste domy lub mieszkania w rodzinnych okolicach właśnie po to, by w czasie wakacji szukać tam wytchnienia od rozgrzanego betonu. Z takim spędzaniem lata związana jest cała filozofia. Utarty zwrot irse al pueblo (jechać na wieś) oddaje nie tylko klimaty powrotu do korzeni i wyciszenia po ciężkiej pracy w mieście. Oddaje też spotkania z dawnymi przyjaciółmi, wakacyjne miłostki, zabawy na ulicy i na placu, wypady w okoliczne lasy i pola w poszukiwaniu chrabąszczy, a dla nieco starszych, by w ukryciu przed dorosłymi zakosztować pierwszych zakazanych łyków alkoholu lub innych ciekawostek, które przywiózł starszy kuzyn z Madrytu. Rodzice i dziadkowie wspólnie gotują, leniwią się na leżakach, wybierają się na długie spacery.

Gdy więc hiszpańscy znajomi na pytanie: co będziesz robić w wakacje, odpowiadają „me voy a mi pueblo”, możecie być pewni, że wrócą szczęśliwi, wypoczęci, a może nawet przywiozą jabłka z rodzinnego sadu.

A co jeśli ktoś nie ma dokąd wrócić? Mówi ze smutkiem „yo no tengo pueblo…”. Wie, ile traci. Te beztroskie popołudnia w hamaku, domowe przysmaki, plotki do białego rana, całe dni bez dziatwy, która zajęta jest innymi sprawami i nie zawraca rodzicom głowy. Pamiętam taką akcję marki Aquarius (2012) pt. „adopta un pueblo”. Kierowała się właśnie do nich, mieszczuchów bez wiejskich korzeni. Nie masz dokąd pojechać? Zaadoptuj wioskę! Nie wiem dokładnie na czym to polegało, ale chyba chodziło o promowanie życia na wsi i zapełnianie małych miejscowości, do których już nikt nie jeździł. Załączam spot z tej kampanii bo pięknie oddaje wszystko o czym napisałam:

Ja jako przyjezdna, niestety nie mam tutaj takiej swojej wakacyjnej miejscowości. Ale może to i lepiej? Przecież nie ma takiej opcji, żeby dorównała zielenią, smakami i zapachem moreli w moim rodzinnym mieście!