5 porad dla turystów. Jak pozostać sobą na wakacjach w Hiszpanii

Czerwiec. Turystów widać już w tramwajach wiozących na plażę i w zabytkowej części miasta. Widać ich z daleka i czasem chciałoby się powiedzieć: turysto, nie turyszcz się tak! Wyjazd za granicę to dla niektórych okazja do całkowitej zmiany osobowości, wyciągnięcia z szafy jaskrawych koszul, w których we własnym mieście w życiu nie pokazaliby się publicznie; zaraz po dotknięciu stopą obcego lądu, tuż po wyjściu z samolotu, coś im się przestawia, przestają być sobą, holiday-tryb-ON, on to nie on, ona gdzieś się podziała, a ta nowa ma zaplecione różowe warkoczyki i paznokcie pomalowane na seledynowo…

Oczywiście, przesadzam. Trochę. Więc dzisiaj pięć rad dla wszystkich tych, którzy chcieliby podczas wakacji zakosztować nieco bycia wśród Hiszpanów, wyjść z hermetycznego tunelu dla turystów, w którym rozbrzmiewa tylko głos przewodnika, obce języki i klikanie aparatów. Dla tych, którzy oprócz topienia się na słońcu, chcą się wtopić w lokalny tłum.

1. Nie tłumacz swojego imienia

Agnieszka to nie Inés, Piotr to nie Pedro, a z Jana żaden Juan. Polakom często zdarza się tłumaczyć imiona, które mają takie proste odpowiedniki w hiszpańskim. Jasne, robią to bez złych intencji, wręcz przeciwnie, wydaje się, że w ten sposób pomagają hiszpańskim kolegom w zapamiętaniu swojego imienia. Wydaje mi się to komiczne. Polskie imiona są trudne do wymówienia? Nie trudniejsze niż żadne inne. Jeśli komuś zależy na tym, by cię poznać, wysili się na wymówienie „Krzysztofa” i „Bronisławy”. Przecież też się wysilasz, żeby zapamiętać Joaquina, Francisco i Salvadora. Bądź sobą, pozostań Wojciechem. Możesz, oczywiście, wspomnieć jaki jest odpowiednik polskiego imienia w hiszpańskim, ale do tego się ogranicz.

2. Nie obwieszaj się

Przez większość dnia zostaw plecak tam gdzie jego miejsce: na plecach. Turyści panicznie boją się, że zostaną okradzeni, zakładają więc plecak z przodu, kurczowo trzymają się torebki, a najważniejsze dokumenty chowają w dyndającej na szyi saszetce. Po pierwsze, w ten sposób pokazują, że mają przy sobie coś cennego z czego warto ich okraść. Po drugie, podkreślają tym samym swoją nieufność wobec tubylców, często nie popartą logicznymi argumentami. Czy w centrum Walencji jest bardziej niebezpiecznie niż na Nowej Hucie? Czy na deptaku nadmorskim kradną bardziej niż w Sopocie? Nie dałabym sobie głowy uciąć. Warto dobrze się poinformować na ten temat i unikać niebezpiecznych okolic, a jeśli już musimy się tam wybrać, to wtedy szczególnie uważać na rzeczy i mieć oczy dookoła głowy. Ale nie oznacza to, że przez cały dzień trzeba zerkać przez ramię i obwieszać się kłódkami. Czy tutejsi tak robią? Przyjrzyj się ich zachowaniom, czy noszą złote pierścionki jak gdyby nigdy nic i spokojnie wachlują się portfelem? Czy z kieszeni wystaje im AjFon, a torebkę mają nonszalancko niedopiętą? Jeśli tak, to tobie też wolno. No i przede wszystkim zostaw tę saszetkę biodrową w hotelu, albo kup sobie taką, którą nosi się pod ubraniem, niewidoczną. Są pewne granice.<

3. Pozostań przy bieli

Nadal istnieje wśród wielu osób przekonanie, że z wakacji trzeba koniecznie wrócić z czerwoną opalenizną, najlepiej taką już lekko łuszczącą się na ramionach. Ale było ciepło! Ale słońce! Aleśmy się wygrzali! Jeśli chcesz w stu procentach wykorzystać wakacje w Hiszpanii, to weź się człowieku nasmaruj, twarz też, uszy, prześwity w sandałach. W centrum miasta też przygrzewa słońce, godziny kluczenia pomiędzy muzeami robią swoje. Zdecydowanie lepiej świecić nieskalaną polską bielą (skóry) niż atomową czerwonością. Naprawdę, nikt się nie śmieje z białych turystów. Z czerwonych tak, i nie ma to w sobie za grosz rasizmu.

4. Dostosuj swój zegar biologiczny

Najlepiej starać się żyć tu tak, jak tutejsi. Może to właśnie po południu, zaraz po obiedzie, masz najwięcej energii i najchętniej obleciałbyś wszystkie stragany z pamiątkami. Powstrzymaj się. Sjesta to nie mit, miasto zamiera i nie bez powodu. Jest gorąco, słońce pali niemiłosiernie. Lepiej poczekać do wieczora, do 6-7 z kolejnymi wyprawami do centrum, niż paść gdzieś z wycieńczenia pod fontanną (wody pitnej nie ma gdzie kupić bo wszystkie sklepiki pozamykane!). Podobnie z posiłkami. Tylko typowo turystyczne restauracje i fast foody podają jedzenie przez cały dzień. W lokalach dla lokalsów godziny posiłków zwykle są ściśle określone i nie zjemy obiadu o 12 ani kolacji o 18. Zalecam cierpliwość i uspokajanie żołądka zakupionymi w supermarkecie bagietkami, jeśli liczysz na solidny, autentyczny posiłek.

5. Wyjdź poza mapę

W zwiedzaniu wszyscy pomagamy sobie specjalnie przygotowanymi do tego mapkami, które służą kanalizowaniu tłumu turystów konkretnymi uliczkami. Z muzeum do katedry, potem jakaś zabytkowa kamienica, dom, w którym urodził się malarz, knajpka gdzie Hemingway wypił swój pierwszy kieliszek sangrii. To wszystko jest dla ludzi i jest potrzebne, zwłaszcza, jeśli mamy mało czasu na zwiedzanie. Ale wyjście poza utarty szlak może zaowocować czymś niesamowitym. Może jakiś mało znany targ, na którym owoce morza lśnią jeszcze piękniej, bo nie zasłaniają ich plecy chmary Japończyków pstrykających zdjęcia? Może ustronny park z uroczą fontanną i przesympatycznymi staruszkami, które przesuną się, żebyś i ty sobie przycupnął na ławeczce w cieniu palmy? Skarby kryją się za każdym rogiem, wystarczy zgubić się na chwilę i dać się ponieść rzece mieszkańców miasta. Gdzieś idą, czegoś szukają. Może i tobie się to spodoba? W najgorszym wypadku skończysz w dzielnicy, gdzie na każdym rogu nożownicy sprzedają haszysz innego gatunku, ale to tylko jeśli się zagapisz. Nie zagap się więc.

W skrócie więc radzę pozostać sobą, nie dać się otumanić egzotyce lądu, zaufać tubylcom i pokusić się na odrobinę nieprzewodnikowej samodzielności. Udanych wakacji!