Dziesięć lat

Czy dziesięć lat to okrągła rocznica? Bez wątpienia. Czy można o niej ot tak sobie zapomnieć i w nieświadomości przepracować ten dzień, w którym dziesięć lat temu stało się co się stało? Jasne! Zwłaszcza, jeśli ta rocznica jest taka trochę zmyślona na poczekaniu, odrobinkę przymuszona, niestandardowa. Tak jak i moja: 10 lat odkąd zaczęłam się uczyć hiszpańskiego. Może nie było to w styczniu tylko w październiku, ale wiecie jak to jest: nagłe olśnienia i deja vu są jak pioruny kuliste, nie zna się dnia ani godziny…

Jakoś nie rozpamiętuję moich początków z językiem angielskim, francuskim ani włoskim, ale przecież nie mieszkam w Rzymie, a mój doktorat nie jest o Shakespearze. Z hiszpańskim jest trochę inaczej: nie tylko stał się moim drugim językiem (zawsze będzie drugi, pierwsze miejsce jest na stałe zajęte i nie do ruszenia), ale też stanowi podstawę mojego wykształcenia i przygotowania zawodowego, no i oczywiście innych kwestii nie mniej ważnych (a właściwie to najważniejszych), ale bardziej osobistych.

 

Jak to się wszystko zaczęło?

Wierzcie lub nie, ne miałam pojęcia o hiszpańskim gdy zaczynałam studia na kierunku Iberystyka dziesięć lat temu. To było tak, że chciałam studiować język, nie wiedziałam jaki, a dziad wiedział, podpowiedział i się stało tak, że złożyłam papiery na Iberystykę i Orientalistykę. Wybrałam to pierwsze. Na maturze zdawałam dwa języki rozszerzone, angielski i francuski i pamiętam jak dziś jak moja szalona „psorka” od francuskiego zawezwała mnie do swojej kanciapy, żeby mi raz na zawsze wybić z głowy pomysł studiowania hiszpańskiego. Dlaczego? Bo przecież nie uczyłam się go w liceum, zaczynałabym od zera no i praktycznie od samego początku byłabym na pozycji straconej. Nie posłuchałam jej, évidemment. Zabrałam się do zakuwania nie tylko do matury ale i do wstępnych (tak, wtedy były egzaminy wstępne, na których następowało odsiewanie 3/4 kandydatów).  Kiedy się już dostałam (wbrew wszelkim znakom na niebie i ziemi, bo zupełnie się załamałam po tym egzaminie), nauczyłam się zapobiegawczo numerów od 1 do 10 i odmiany czasowników ser i haber z małej książeczki „hiszpański w 4 tygodnie”… Z taką wiedzą byłam do tyłu już po pierwszych piętnastu minutach pierwszych zajęć na studiach.

Ten pierwszy rok był niesamowity: ponad 10 godzin zajęć z języka w tygodniu, wkuwanie gramatyki, recytowanie odmian czasowników na jawie i we śnie, jeden czas przeszły za drugim, słówka, słówka i więcej słówek. Nauka z pradawnych podręczników, które odbijaliśmy sobie na ksero z jednej jedynej kopii z biblioteki, którą wypożyczano nam na godziny i po zostawieniu jakiegoś cennego dokumentu w zastaw. Książek do nauki hiszpańskiego było w tej epoce kamiennej bardzo niewiele w krakowskich księgarniach. To były szalone czasy czytania literatury średniowiecznej w wersji oryginalnej, łapczywych przygotowań do egzaminów, na których, o ile pamięć mnie nie myli, należało zgranąć 80% punktów (jakimś cudem pamiętam, że jednym ze słówek, którego za nic w świecie nie mogłam sobie przypomnieć na tym pierwszorocznym egzaminie był „obcas” no i że uznałam, że „serce” jest rodzaju żeńskiego (la?? corazón). Dwa cenne punkty w plecy!! Czasy pierwszych prób porozumiewania się po hiszpańsku ze spotkanymi na krakowskim rynku turystami lub erasmusami, którzy nieopatrznie wybrali zimną Polskę jako cel swojej wizyty, Pamiętam jedną taką dziewczynę z Hiszpanii, która przyjechała w listopadzie i zanim jeszcze zdążyłyśmy się zaprzyjaźnić, kilka dni po tym jak zakupiła grubaśną kołdrę i parę futrzanych rękawiczek, z przerażenia i z zimna uciekła z powrotem nad Morze Śródziemne. Aby przetrwać ten pierwszy rok, którego hasłem przewodnim było „nie myślcie sobie, że filologia to darmowy kurs języka”, otaczaliśmy się językiem ze wszystkich stron (choć stron internetowych było jakoś mniej niż teraz… nie znałam żadnego bloga z wyrażeniami potocznymi!), szukaliśmy muzyki po hiszpańsku, ćwiczeń i tekstów, chodziliśmy na festiwale filmowe i kulturowe z hiszpańskim w roli głównej. Pamiętam, że przez pierwsze miesiące nauki moja kulejąca wymowa zmieniała się jak chorągiewka na wietrze: raz miałam akcent andaluzyjski, innym razem wymawiałam jak Argentyńczycy „yo” przez „ż”, w zależności od ostatniej przesłuchanej płyty lub obejrzanego filmu.

Chciałoby się powiedzieć: teraz sam jestem dziadkiem… Za kilka miesięcy wracam na tamtą uczelnię i sama stanę przed studentami. Może przy okazji powinnam zaprosić moją nauczycielkę z liceum na kawę i opowiedzieć jej, że chcieć to móc?

A jakie były Wasze początki z hiszpańskim? Ile to już lat?