Brotes verdes

Pojawiły się tu już wpisy na temat hiszpańskiego kryzysu ekonomicznego i jest to temat, który trudno całkowicie przemilczeć mieszkając w Hiszpanii. Do opisania trudnej sytuacji w jakiej znalazła się spora część społeczeństwa, język ucieka się do metafor porównujących kryzys do choroby, kataklizmu. Nie ma winnych, są tylko ofiary. Takie czasy!
O tym wszystkim już było.
Teraz czas napisać o tych delikatnych, subtelnych i czasem łatwych do przeoczenia znakach, że jest już ciut lepiej, że pojawia się iskierka nadziei na wyjście z tej paskudnej sytuacji. I tutaj metafora nie zawodzi, jest piękna, zielona i wiosenna. Ekonomiści, politycy (zwłaszcza politycy), nawet niektórzy bardziej optymistyczni obywatele zauważają wyłaniające się tu i tam zielone pączki, brotes verdes, które zapowiadają, że idzie lepsze.

Oto kilka przykładów użycia w zdaniach:

Guindos promete ya que los ‚brotes verdes’ traerán nuevas bajadas de impuestos 

(Guindos obiecuje już, że „zielone pączki” przyniosą nową obniżkę podatków)

Aún el 82% de la población no ve los ‚brotes verdes’ de Rajoy: ven mala o muy mala la situación económica
(Wciąż 82% społeczeństwa nie widzi „zielonych pączków” Rajoya, uważają, że sytuacja ekonomiczna jest zła lub bardzo zła)

Aparecen algunos brotes verdes en la economía española

(Pojawiają się zielone pączki w hiszpańskiej ekonomii)

Confiemos en que los brotes verdes acaben llegando
(Ufajmy, że zielone pączki w końcu się pojawią)

Brotes verdes wydają mi się wyjątkowo piękną ale i złudniczą przenośnią. Mamy zieleń, kolor nadziei, wiosny, powiew świeżości. Pączki zapowiadają nowe życie, odrodzenie. Z małego kiełka, pączka, przy odrobinie słońca i dostatecznej ilości wody, wyrośnie prężna łodyga, potem liście, wreszcie kwiaty i owoce… Czym więc był jest kryzys? Zimą? Posuchą? Brakiem życia? A może był tylko przejściową sytuacją uśpienia ziarna, które dojrzewało w tym czasie i przygotowywało się do wydania plonów? A jeśli tak, to kto czuje się odpowiedzialny za zasianie i pielęgnację tego ziarna? Kto w końcu będzie chciał przywłaszczyć sobie prawo do zebrania plonów, w które, przy odrobinie szczęścia, przerodzą się te nieśmiałe kiełki? A może z innej strony trzeba to ugryźć. Może zielone pączki to coś nieuniknionego, gwarantowanego prawami natury, która jeszcze nie oszalała do końca i cyklicznie nagradza nas za przetrzymanie zimnych i ciemnych miesięcy smutku i niedostaku, zielenią i obfitością wiosny i lata?

To tak naprawdę tylko moja interpretacja bez granic, być może wręcz nadinterpretacja. Wiem na pewno tylko tyle, że mamy przed sobą piękną przenośnię prosto z łona matki natury, obok której trudno przejść obojętnie bo w całej swej poetyckości jest niezwykle prozaiczna i bliska nam wszystkim. Wyczekujemy wiosny, wyczekujemy ciepłego deszczu, złotych promieni słońca, które ogrzeją nam policzki, wyczekujemy tych zielonych przebiśniegów, które w końcu przebiją się przez twardą, śnieżną skorupę. Niech wreszcie się skończy ta zima, ta grypa, katar, ciemność, ponure płaszcze, ciężkie czapki. Niech skończy się już ten kryzys… chcemy rzodkiewki! Chcemy szczypiorku!