Co spakowałam do walizki przed przyjazdem na Święta z Hiszpanii?

Tradycją jest już, że zawsze gdy odwiedzam rodzinne strony staram się przywieźć im ze sobą jakiś hiszpański akcent. Niezmiennie, stawiam na oryginalne bądź egzotyczne produkty hiszpańskie, a więc szynka, sery, jakieś przetwory mięsne… zdarzyło mi się nawet przywozić owoce i warzywa, które, jak w swojej naiwności sądziłam, nieznane były polskim zjadaczom chleba. Być może nie zdajecie sobie sprawy, że kto chce w ramach suweniru przywieźć produkty żywnościowe z Hiszpanii, staje przed trudnym wyzwaniem i musi sobie poradzić z co najmniej trzema problemami:
PROBLEM 1. Co jest „hiszpańskie” i czy da się to zjeść?
Wyszukać produkty nie tylko „typowo hiszpańskie”, ale też takie, które będą smakowały polskiemu odbiorcy. Jeśli osoba, która ma być przez nas obdarowana wzdraga się na widok macek i muszelek na talerzu i sądzi, że szynka serrano trąci zawilgoconą piwnicą… to na nic zda się przekonywanie że pulpo jest przepyszne a suszone wieprzowe udźce sięgają setek euro za kilogram.
PROBLEM 2. Czy przypadkiem nie dostanę tego w lidlu?
Znaleźć takie produkty, których nie ma bądź są trudno dostępne na polskim rynku. Ten „problem” z roku na rok staje się coraz poważniejszy. Lidel ma swój tydzień hiszpański, w biedrze również znajdziemy sery, wędliny, oliwę, a nawet wina hiszpańskie (i soki Don Simon), nie mówiąc już o supermarketach z tzw. wyższej półki. Owoce, których ja przed wyjazdem do Hiszpanii nie znałam, można teraz znaleźć z łatwością nawet w niewielkich miejscowościach (np. kaki, chirimoya).
 
PROBLEM 3. Czy moja walizka to pomieści?
Wszystko co kupimy musi się zmieścić w walizce i nie pogruchotać nam kręgosłupa w czasie przemieszczania się na lotniskach. Kto lata z ryanem, ten wie, o czym mówię. Co z tego, że jest tyle pysznych win i oliw w ślicznych butelkach, skoro zajmują one połowę walizki, którą i tak ledwo mogliśmy unieść?
Przeszłam już wiele prób związanych z przywożeniem hiszpańskich smakołyków moim rodzicom i nauczyłam się, że nowości trzeba wprowadzać stopniowo (w gramowych ilościach) i że nic na siłę. Mnie też na początku nie smakowała ani szynka serrano, ani salchichón, nie mówiąc już o owocach morza, a teraz zajadam bez problemu, a szynkę to nawet bardzo chętnie.
Na zdjęciach uwieczniłam część „darów”, które właśnie siedzą w mojej walizce (podczas gdy ja siedzę na lotnisku w Warszawie i czekam na ostatni lot na południe Polski).

Co takiego wiozę tym razem?

Coś na słono
– Ser semi-curado (średnio-twardy), bo wiem, że jest smaczny i pasuje nawet na polską kanapkę (z masłem!).
– Kilka rodzajów oliwek. Zawsze smakują, a taką różnorodność jak w Hiszpanii trudno znaleźć w polskich sklepach.
– Pudełeczko mini-kiełbasek typu salchichón. Wyglądają sympatycznie i aż się proszą żeby ułożyć je na talerzyku obok kabanosów.

 

Suszone owoce

– Prażona „mega-kukurydza”. To specjalnie prażone w całości wielkie ziarna kukurydzy, które są wprost idealne do chrupania podczas oglądania z zapartym tchem jak Kevin znowu zostaje sam w domu.
– Prażone migdały. Na wypadek, gdyby kukurydza za szybko się skończyła.

 

Na słodko
– Turrón. Próbowałam już z twardym i miękkim turronem midgałowym, ale nie sprawdziły się. Tym razem wiozę „oszukiwaną” wersję, turrón pralinkowy z czereśniami. Wygląda smakowicie!

 

– Migdały w cukrowej skorupce (peladillas). Coś w rodzaju naszych słodkich „kamyków”, komu uda się przebić (czy też przessać) przez twardą, cukrową otoczkę, tego czeka midgałowa nagroda.
– Figurki z marcepanu. Są pyszne i kropka, sama jeszcze w tym roku ich nie kosztowałam, więc jeśli innym nie posmakują, to przynajmniej ja skorzystam.

CiekawostkaWypatrzyłam na straganie marmoladę pigwową z orzechami (pamiętacie membrillo?). Ciekawe jak to smakuje?

Co byście powiedzieli na gwiazdkowy prezent o takim składzie? Jak wyglądałaby Wasza osobista lista życzeń, gdyby to do Was jechała walizka wypchana hiszpańskimi smakołykami