Gota fría

Zarówno Polacy jak i Hiszpanie lubują się w rozprawianiu o pogodzie i wyolbrzymianiu potęgi zjawisk atmosferycznych. Gdy jest gorąco to jest za gorąco (nie mówiąc już o wypalającym skórę słońcu), gdy jest zimno to jest najzimniej w ostatnim stuleciu. 
Zapowiada się na deszcz (dzisiaj)
W tym tygodniu media dudnią o zagrożeniu, które rzeczywiście nie wydaje się takie banalne: chodzi o szczególnie intensywne deszcze i burze, które w ciągu godziny mogą zostawić na wybrzeżu prowincji Walencji dziesiątki a nawet setki litrów wody. Takie deszcze zdarzają się w specyficznych warunkach  (tak przynajmniej tłumaczyli w dzienniku): gdy po wielu dniach upałów woda w morzu nagrzewa się do wysokiej temperatury (w zeszłym tygodniu było to ok. 27 stopni), a przy tym temperatura powietrza znacznie opada, wytwarzają się gwałtowne ulewy które noszą malowniczą nazwę zimna kropla (la gota fría, uwaga na przejęzyczenie gota frita, ‚smażona kropla’). Nazwa, jak się okazuje, pochodzi z niemieckiego kaltlufttropfen, co mnie w ogóle nie dziwi, bo kto jak kto, ale Niemcy muszą znać się na deszczu. 
W Walencji podchodzi się do tego zjawiska ze szczególną ostrożnością: w połowie ubiegłego wieku, w 1957 roku, przez taką właśnie „kroplę” spora część miasta znalazła się pod wodą (wydarzenie przeszło do historii jako riada). Po tych wydarzeniach podjęto decyzję o zmianie biegu rzeki Turia i w jej dawnym korycie utworzono słynny park Jardines de Turia, który obecnie jest zielonym płucem miasta i atrakcją dla mieszkańców i turystów.