Co warto wiedzieć jadąc do Hiszpanii na wakacje?

Planujesz wakacje w Hiszpanii i pragniesz, żeby były autentyczne i udane? Może już przygotowałeś słomkowy kapelusz i marzysz o świeżej sangrii w chiringuito na plaży i zakupie nowych magnesów na lodówkę. Może jedziesz, aby osłuchać się z językiem, skosztować tej prawdziwej Hiszpanii, niekoniecznie takiej owiniętej w czerwoną spódnicę w czarne kropy (prosto z chińskiego bazaru). Nieważne, którym typem turysty jesteś, myślę, że w tym tekście znajdziesz przynajmniej jedną przydatną informację, która poprawi jakość twoich hiszpańskich wakacji. 

1. Turystyczne miasteczka są rajem dla turystów… i tylko dla nich?

Są takie regiony i miejscowości na wakacyjnej mapie Hiszpanii, w których naprawdę trudno o spokojny wypoczynek, ba, trudno nawet spotkać Hiszpanów na ulicy (!). Tak można powiedzieć na przykład o Majorce, która w pełni sezonu zapełnia się turystami z Niemiec. Również na wybrzeżu katalońskim są miejsca, których lepiej unikać, jeśli nie jest się nastoletnim imprezowiczem, np. Lloret del Mar. Podobnie jest na Ibizie, bywa, że trudno tu w ogóle usłyszeć hiszpański, w barze można dostać tapas z jakimś niemieckim akcentem (może z parówką?), w supermarketach sprzedają kapustę kiszoną, a na plażach smażą się północnoeuropejskie ciała. Z kolei Benidorm kojarzone jest w Hiszpanii jako typowo “emeryckie” miejsce wypoczynku. Chodzi o to, że bardzo często organizowane tam są dofinansowane przez państwo wczasy dla staruszków, którzy świetnie się tam bawią na hotelowych potańcówkach. Okolice tego miasta są również oblegane przez turystów i emigrantów z północy Europy.

Mimo wszystko, muszę być sprawiedliwa: wybrzeże Costa Blanca jest piękne; nie widziałam cudniejszych plaż niż te na katalońskiej Costa Brava, a zachody słońca na Ibizie nie mają sobie równych. O ile sam Benidorm już z daleka odstrasza, głównie za sprawą ogromnych hoteli i wieżowców, które zupełnie zmasakrowały tamtejsze wybrzeże, to w tamtym regionie można odkryć wiele perełek, mniej znanych plaż i ślicznych tras po górach, z których widoki na morze są zapierające. Więc o ile przestrzegam – bo uważam, że warto sprawdzić, gdzie tak naprawdę lecimy i co nas tam czeka (jeśli chodzi o poziom “hiszpańskości”), to jednak przy odrobinie wysiłku wszędzie da się znaleźć cudne zakątki.

2. Sierpień to miesiąc urlopów

W dużych miastach Hiszpanii w sierpniu wszystko zamiera. Wiem na pewno, że dzieje się tak w Madrycie i w Walencji (chociaż ta druga leży nad samym morzem i wydawałoby się, że przeżywa rozkwit w pełni sezonu). Sierpień to czas urlopów i to nie byle jakich, bo miesięcznych. Niektóre lokale, również bary i mniejsze sklepy w ogóle zawieszają działalność w tym miesiącu. Inne zmieniają godziny pracy. Sjesta to nie mit, chociaż mitów na jej temat jest wiele. Po pierwsze, z racji na straszny upał, wiele mniejszych sklepów będzie zamkniętych w godzinach popołudniowych (co najmniej do 17.00-17.30). Po drugie, lepiej samemu się poddać ogólnie panującej tendencji: naprawdę najlepiej jest po prostu schować się do hotelu i bez wyrzutów sumienia (“nie spać! zwiedzać!”), wycofać się z życia podczas tych upiornie upalnych godzin. Spacery opustoszałymi uliczkami mogą się skończyć nie tylko udarem, ale nawet obrabowaniem… uważaj zwłaszcza ucinając sobie popołudniową drzemkę w miejskim parku. Rabusie w popołudniowym upale pławią się jak delfiny w morzu.

 

3. Za kierownicą

Jeśli masz ochotę wypożyczyć samochód by zwiedzać Hiszpanię na czterech kółkach, to na pewno się nie zawiedziesz. W lecie będzie łatwiej o parking w centrum miasta (patrz punkt 2), a poza weekendami, ruch na autostradach nie powinien być zbyt duży. Koniecznie zaopatrz się w kartę kredytową jeszcze przed wyjazdem, w wielu agencjach będzie to niezbędny warunek, żeby auto wypożyczyć. I rada tak oczywista, jak konieczna: uważaj na drogach. Nie daj się zaprosić na lampkę wina do obiadu ani na “tercio” do almuerzo. Owszem, Hiszpanie często piją małe ilości alkoholu, a potem wsiadają za kierownicę, ale absolutnie tego nie popieram.
Jeśli chodzi o sposób jazdy, to wiedz, że Hiszpanie często zapominają o używaniu kierunkowskazów, a nawet na wielkich rondach niekoniecznie namalowane są linie oddzielające pasy ruchu. Na przejściach dla pieszych pomarańczowe, migające światło oznacza, że jeśli pieszy przechodzi, musisz mu ustąpić. A przechodzić będą, nawet na czerwonym, to tutaj częsta praktyka. Więc po prostu, miej oczy dookoła głowy. Ale to już masz, jeśli jesteś kierowcą w Polsce… inaczej nie da się przecież przeżyć w tej naszej drogowej dżungli. I jeszcze coś: podczas parkowania w mieście spotkasz się zapewne z niepokojącą figurą nielegalnych parkingowych, którzy będą cię kierować na wolne miejsce i pomogą ustawić samochód. Nie mają złych zamiarów, ale liczą na drobniaki.

4. Pociągiem po Hiszpanii

Jeśli nastawiasz się na podróżowanie po regionie lokalnym transportem, zabierz ze sobą dodatkową porcję cierpliwości. Oczywiście, podmiejskie kolejki i autobusy istnieją w Hiszpanii, ale połączenia pozostawiają wiele do życzenia, nie mówiąc już o cenach biletów. Jeśli jedziesz do Madrytu i planujesz “przy okazji” wpaść do Walencji albo Barcelony super szybką koleją (AVE), to już teraz rezerwuj bilety, bo ceny zakupione zaraz przed podróżą są dużo wyższe, a miejsc może po prostu zabraknąć. Już nie raz słyszałam plany znajomych, przyjadę do Walencji, pozwiedzam sobie w dzień, w nocy wskoczę do pociągu/autobusu, pojadę do Barcelony, tam sobie połażę, potem załapię się na nocny do Madrytu… zaraz, zaraz, czy takie połączenie na pewno istnieje? Upewnij się jeszcze przed wyjazdem i przed rezerwacją jakichkolwiek miejsc noclegowych, bo możesz się gorzko zawieść. Dobra wiadomość jest taka, że po Hiszpanii można dosyć płynnie poruszać się blablacar, jeśli więc taka opcja cię nie odstrasza, możesz spróbować.

5. Ile kosztuje jedzenie w barze?

Nawet jeśli będziesz próbować podróży “za jeden uśmiech”, a wszystkie wydatki będą mierzone na tak zwaną studencką kieszeń, to nie bój się wejść do lokalnego baru. To doświadczenie, które nie może cię ominąć, hiszpańska codzienność po prostu nie istnieje bez barów i kawiarni. Najbezpieczniejszą opcją jest zawsze zamówienie kawy: cena nie powinna przekroczyć 2 euro, zazwyczaj nie zapłacisz więcej niż 1,20 (za kawę z mlekiem), a przy okazji odpoczniesz od upału w cieniu klimatyzacji, posłuchasz pogawędek sąsiadów, poczytasz świeże wydanie dziennika.
W małych miasteczkach bary to takie interesy rodzinne, w których daniem dnia jest to, co akurat gospodyni miała w spiżarni, często ten sam obiad, który gotowała dla swojej rodziny. Z tego też wynika fakt, że może tam nie istnieć coś takiego jak stałe “menu”, może nie być żadnej informacji o cenach. W takiej sytuacji, po prostu zapytaj, co można zjeść, wybierz to, co poleca szef kuchni. Możesz od razu zapytać, ile wyniesie rachunek, możesz  dopiero przy ostatnim okruszku zacząć się martwić o konsekwencje jakie poniesie na tym twój budżet. Jeśli nie jesz prosiaka nadziewanego truflami z sałatką z małży, to nie przejmuj się za bardzo. Zawsze istnieją jakieś cenowe “widełki przyzwoitości” i zupełnie nie na miejscu jest liczenie 25 euro za talerz paelli lub 15 euro za kanapkę (pamiętaj, że wciąż mówimy o małych, lokalnych barach, a nie restauracjach z trzema gwiazdkami).

6. Zjedz paellę… byle na obiad!

Chyba każdy turysta w Hiszpanii chce skosztować ryżowego specjału z okolic Walencji: paella. Trudno znaleźć i polecić miejsca, które zaserwują nam tę potrawę przyrządzoną według tradycyjnego przepisu, jednak mogę dać ci ogólną radę: poszukaj miejsca specjalizującego się w daniach z ryżu, w którym nie ma dodatkowo pizzy, kebaba i pięciu rodzajów spaghetti. Tych serwowanych dań z ryżu też nie powinno być tak dużo w menu, bo może się okazać, że to jakaś pułapka na turystów, w której serwują nawet paellę z ananasem (prawdziwa historia). Lepiej żeby było kameralnie i prosto, idealnie, jeśli stołują się tam lokalni mieszkańcy. Musisz również wiedzieć, że z paellą wiąże się wiele zwyczajów, a nawet zasad związanych z jej prawidłowym spożywaniem. Na przykład taka, że jest to danie obiadowe i jedynie turyści zamawiają je na kolację. Zaufaj więc wiedzy restauratorów w lokalach, w których nie ma paelli w wieczornym menu, a na paellę wybierz się o 14.00.

Jeśli zaś zupełnie ci nie po drodze do restauracji, poszukaj sklepów z obiadami na wynos, szukaj miejsc opisanych jako horno (piekarnie często mają w ofercie właśnie takie podstawowe dania obiadowe) lub comidas para llevar (jedzenie na wynos). Porcja pysznej, świeżo przygotowanej paelli będzie cię tam kosztować maksymalnie 5 euro (w Walencji kupowałam za 2,50), a zjedzona w pobliskim parku będzie smakować równie pysznie, jak ta w restauracji. Przy okazji od razu zarezerwujesz sobie miejsce pod drzewkiem na sjestę!

7. Koniecznie wybierz się na targ

Postaraj się dowiedzieć, kiedy w miejscowości, którą odwiedzasz odbywa się cotygodniowy targ (mercadillo lub rastro, to ostatnie zazwyczaj z rzeczami używanymi i okazjami). Wybierz się tam, porozglądaj po straganach, porównaj ceny, posłuchaj, jak sprzedawcy pokrzykują do przechodzących potencjalnych klientów. Dziewczęta i kobiety na pewno usłyszą nie raz, jakie to są piękne i jak im do twarzy we wszystkim. A przy okazji można znaleźć prawdziwe perełki, nawet jeśli to sandałki za 3 euro na jeden sezon. Koniecznie zaglądnij też do miejscowej hali targowej mercado. Znajdziesz tam nie tylko owoce i warzywa, ale też chętnie fotografowane przez turystów głębinowe jadalne potwory (albo po prostu – owoce morza).
Hiszpańskie targi spożywcze z reguły organizowane są w budynkach, ze względu na upały, możesz więc spokojnie kupować świeże produkty, a przy okazji się ochłodzić. Czynne są zazwyczaj tylko do południa (do ok. 13), nieczynne w niedzielę, a wstęp jest darmowy. Ja zawsze radzę, żeby poszukać mercado w mniej turystycznej dzielnicy (w większych miastach jest ich zawsze kilka), bo w tych głównych halach targowych ruch turystów jest już tak duży, że czasem pojawiają się wobec nich jakieś obostrzenia, można nawet zwiedzać z przewodnikiem. No cóż, ja wolę sama, na spokojnie, bez rzucania się w oczy, bez pokazywania palcami na percebes i bez głośnego oburzania się, kto kupuje takie kurczaki z głową. Mam wrażenie, że taki “cichy” turysta w bardziej kameralnym mercado ma po prostu szansę zobaczyć więcej.

Oprócz surowych produktów w takim mercado zawsze jest jeden lub kilka barów sprzedających gotowe dania lub przystawki. Koniecznie wpadnij na tapas lub bocadillo. Chyba że wolisz sam sobie upichcić rosołek w hotelu z tych imponujących suszonych rekinów, świńskich żołądków i krowich kopyt, doprawiony świeżym rozmarynem?

Mam nadzieję, że rzeczywiście te praktyczne informacje przydadzą ci się podczas nadchodzących wakacji. Jeśli masz jeszcze jakieś pytania, pisz koniecznie!

Pierwsza wersja tego tekstu powstała w ramach akcji “W 80 blogów dookoła świata”: